Najpierw się na coś bardzo długo czeka. Człowiek sobie wyobraża, jaki będzie szczęśliwy, gdy to wreszcie nastąpi. Później trudno uwierzyć, że się udało, że było to w ogóle możliwe albo że stało się tak szybko. A później nadchodzi szara codzienność, domowe obowiązki, praca, plany do zrealizowania i te, o których musimy zapomnieć, a tak łatwo o sobie zapomnieć nie dają. To, co miało dawać szczęście, wiąże się z jakimiś trudnościami czy zmartwieniami, czasem nawet żałuje się tego, że miało się takie akurat marzenia. Czasem z tym zrealizowanym marzeniem zostaje się samemu i okazuje się, że w samotności nic już tak nie cieszy. Szczęście gdzieś po drodze się gubi. Czasem następuje jednak taki moment, który uświadamia nam, że warto nad naszym marzeniem się zatrzymać, znaleźć chwilę na celebrowanie swojego szczęścia. Ja taki moment przeżyłam właśnie dzisiaj. Po bardzo udanym wyjeździe wakacyjnym (chociaż październikowym) i kilku intensywnych dniach związanych z pracą nadszedł czas zderzenia z rzeczywistością. Najpierw z faktem, że większość czasu spędzam sama. Później z tym, że jedne czy drugie wyniki badań już przeprowadzonych albo dopiero zaplanowanych nic nie zmienią, bo po pierwsze taka już jestem, że muszę się martwić, a po drugie, jak już człowiek ma dziecko, to zawsze albo ząbkowanie, albo katar, albo szkoła się zaczyna, albo pierwsza miłość, albo matura, albo inne poważne sprawy. Przez cały dzień zderzam się też z brudną łazienką, która nie robi się od tego ani odrobinę czystsza. Dosyć bolesne jest zderzenie z faktem, że przez najbliższe miesiące nigdzie nie wyjadę, przynajmniej nigdzie za granicę, a miałam jeszcze trochę planów, które teraz okazały się nierealne. Nie ukrywam, że boli też fakt, że kiedy Mąż będzie dobrze bawił się na różnych wyjazdach, ja będę miała dzień dla siebie, który w liczbie 300 rocznie przestaje być aż tak atrakcyjny. Ale chyba najbardziej zabolało mnie to, że za często myślę o tym, czego nie będę miała, a tak rzadko poświęcam czas na to, co mam. Zamiast pogadać z Berbeciem, który dzisiaj wierci się jak szalony, zastanawiam się, co będę robiła za miesiąc czy półtora, a za miesiąc czy półtora znowu z Nim nie pogadam, bo znowu za pół roku będzie coś ciekawszego. Myślę o tym, że, kiedy już się urodzi, poświęcę mu cały swój czas, a przecież już jest z nami i tak mało czasu umiem Mu poświęcić. Myślę też o tym, że będę Mu dawać zdrowe jedzenie, a tymczasem za chwilę wsunę całą paczkę orzechowych chrupek o bardzo nienaturalnym składzie.
Jednak, chociaż dziwnie (i trochę strasznie) się to pisze, chociaż czasem trudno tak po prostu w to uwierzyć, wszystko jest dobrze, chyba nawet najlepiej od lat. Nie jest oczywiście idealnie, ale sporo się poukładało, nie na wszystko niestety był to dobry moment, ale na najważniejsze to jest dobry moment. Mieszczę się ciągle w normalne ubrania, kupowane w tym samym rozmiarze, co wcześniej (dwie nieco większe spódnice ciągle jeszcze są za duże), jem to, co lubię, wysypiam się, pracuję, wyniki uparcie są dobre i nie ma się czym martwić (martwienie w ogóle nie powinno przychodzić mi do głowy), byliśmy na cudownych wakacjach, zresztą podróżujemy w ostatnich miesiącach niemal co weekend, zwiedzamy, spacerujemy, ile się da. Plany zwiedzalnicze (może lekko zmodyfikowane) zostały już w tym roku zrealizowane z nawiązką, a przecież przed nami jeszcze dwa i pół miesiąca, no i później całe życie podróży z Berbeciem (no dobra, jakieś 10 lat, potem pewnie pojawią się wyjazdy z przyjaciółmi, których bardzo bardzo Mu życzę). Gdy już porzucę swoją martwiącą naturę, naprawdę muszę przyznać, że chyba nie mogłoby być lepiej i chyba zaraz wyłączę komputer, wezmę herbatkę (owocową :)), zapomnę o łazience i całym świecie i po prostu będę się cieszyć. No może jeszcze wcześniej po raz kolejny obejrzę przepiękne zdjęcia panny Marty, na które natknęłam się dzisiaj przypadkowo, a które tak bardzo ten dzień zmieniły. Prawda, że przepiękne? I można, mając dziecko, nosić wielkie wianki i długie sukienki, i koszyczki? Można i ja też zamierzam.
Póki co jednak, mam na sobie jabłkową sukienkę, na którą mam jeszcze kilka pomysłów na tę jesień, nie wiem tylko, czy starczy materiału na biuście. Do tego mokasyny, które już chyba niedługo pożegnają się z życiem, a uwielbiam je bardzo. I torba - mieszczą się do niej kilogramy jabłek.
W tle Sądecki Park Etnograficzny, który już drugi raz obdarował nas piękną letnią aurą. O tak, jabłka pasują do skansenów tak samo dobrze jak kwiatki.



Brak komentarzy :
Prześlij komentarz