Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

Biga majowa

Kolejny miesiąc bigowych stylizacji i coraz lżejsze ubrania. Właściwie na maj wymyśliłam stroje letnie, trochę wakacyjne, ale, jeżeli dobrze pamiętam, pogoda w tym miesiącu była raczej udana. Przestałam udawać, że spodnie mają jakiekolwiek znaczenie i zaprezentowałam wyłącznie sukienki i spódnicę. 

Pierwsza propozycja to strój raczej służbowy, ale z marynarskimi akcentami, dokładniej w marynarskich kolorach, bo kotwic jakoś tam nie widzę :)




Kolejny zestaw byłby pewnie idealny na wakacje, ale postanowiłam zaproponować go już na majowy piknik. Tylko kilka elementów, wszystkie dziewczęce i urocze. Sukienka w kwiatki, z koronką i falbanką, przepiękna. Oczywiście chciałam ją wziąć dla siebie, ale jednak miliona takich sukienek mieć nie muszę. Do tego naszyjnik z jaskółką, który teraz jest mój :) Słomiany kapelusz i drewniako-sandały, czyli stuprocentowo piknikowe dodatki. Brakowało tylko koszyczka, choćby takiego, jaki pojawił się w jednej z kwietniowych stylizacji.




Trzeci strój jest idealny na wiosenny spacer. Sukienka pozwala opalić ramiona, a szal chroni przed wieczornym chłodem. Elegancji dodają srebrne sandałki. O, wygląda na to, że w maju miałam szczęście do butów i torebek.




Ostatni pomysł też raczej letni, festiwalowy. Strój, który bardzo chętnie założyłabym sama (jak chyba wszystkie zestawy z maja). Piękna długa kwiecista sukienka, lekko marynarski kardigan, więc coś i na dzień, i na wieczór, zwłaszcza na spacery nad brzegiem morza :) Kolorów dodają paskowe sandałki, romantyzmu liczne naszyjniki, a naturalności skórzana torebka. Troszkę miszmasz, ale idealnie w moim stylu. Gdzie to lato? :)



środa, 26 listopada 2014

Biga marcowa

Marzec to czas nowych trendów, więc zanim wybrałam się do Bigi, zapoznałam się z tym, co proponowały magazyny. I chyba niewiele na tym skorzystałam :)To również czas nieco cieplejszej pogody, można więc, chociażby w wyobraźni, zdecydować się na lżejsze, warstwowe stroje. Wreszcie jest to czas zupełnie innych, jasnych i naprawdę kolorowych, kolorów. W tym miesiącu również współpracowałam z moją Kuzynką, ale ponieważ mogła dołączyć dopiero w połowie miesiąca, dwie pierwsze stylizacje sfotografowałam sama moim supertelefonem. Początek wiosny tak rozbudził moją kreatywność, że na marzec zaproponowałam nie cztery, ale aż pięć stylizacji. 




Pierwsza propozycja to kwiaty, pastele i kobiecość. Elegancki zestaw do pracy, na spacer czy spotkanie towarzyskie. Warstwy (bluzka, sukienka, kardigan, trencz) zapewniają ochronę przed chłodem, dodatki (apaszka, pasek, naszyjnik, torebka) sprawiają, że strój staje się ciekawszy. Apaszkę do powyższego zestawu zaproponowała Pani Kierowniczka sklepu i myślę, że jest to fajny wiosenny akcent. Torebka i naszyjnik to elementy, których pewnie dla siebie bym nie wybrała, ale do całego zestawu pasowały idealnie.
Nie wiem, czy zauważyłam to dopiero w marcu, czy już wcześniej, ale są w Bidze ubrania, które bardzo długo (nawet przez kilka miesięcy) nie opuszczają sklepu. Były elementy, które kilkakrotnie chciałam wykorzystać, ale jakoś ciągle mi nie pasowały (lub pasowały za którymś razem), były też takie, które wykorzystałam, a potem widziałam je jeszcze wiele razy na wieszaku. Trochę szkoda, że sklep nie proponuje większych (częstszych) obniżek, bo niektóre z tych rzeczy były naprawdę fajne, ale pewnie za drogie. Może pomogłaby też wymiana asortymentu między sklepami, by ubrania, które nie znalazły swojego nabywcy w jednym miejscu, miały szanse zaprezentowania się innym klientom. Powyższą sukienkę mierzyłam, gdy moja ciąża była już widoczna, mniej więcej w sierpniu, czyli aż 5 miesięcy po pokazaniu jej na manekinie. Przy tworzeniu stylizacji też bywało to problemem, bo, chociaż ubrań jest w sklepie ogromna ilość, zdarzało się, że wszędzie widziałam znowu to samo. Klientka, która nie lubi za bardzo szperać, a przychodzi regularnie, mogła się zniechęcić. Ja na szczęście nie jestem tego typu klientką :)




Drugi zestaw to kwiaty, kwiaty, kwiaty i kolory. Sama z chęcią założyłabym taki strój, a bluzkę nawet kupiłam (mogłaś ją zobaczyć tutaj). Chyba już wiesz, że uwielbiam, gdy jakiś wzór pojawia się na kilku elementach ubioru. Postanowiłam wykorzystać to również przy tworzeniu stylizacji, a cóż jest lepszego od bukietu wiosennych kwiatów? 




Kolejny strój to również kwiaty i kolory, ale w bardziej kobiecym wydaniu. Spódniczka to tak naprawdę niezbyt zabudowana sukienka, do tego bluzka bez rękawków, kardigan i pasek z klamrą zwróconą do tyłu. Zawsze żałuję, że na takie proste pomysły nieco innego wykorzystania znanych elementów wpadam tylko tworząc bigowe stylizacje, a jakoś przy ubieraniu się nie potrafię tego zrobić. 




Tworząc zestaw na pierwszy dzień wiosny naprawdę sobie poszalałam. Wyjątkowo pojawiają się spodnie, jest wreszcie torebeczka. Na wiosenny spacer przydaje się zarówno dłuższy sweterek (za to z krótszymi rękawami), jak i trencz. Wszystko w energetycznych, wiosennych kolorach, a białą bluzeczkę usprawiedliwia obecność groszków. Oj, tak, chciałabym teraz mieć na sobie coś takiego :)





Ostatni pomysł to również w stu procentach ja :) Połączenie pasków i kwiatów, kokardka i serduszko, znowu wiosenne kolory, spódniczka i (może nie aż tak piękne i średnio w moim stylu, ale za to wygodne) idealnie dopasowane kolorystycznie balerinki. Buty, torebka i biżuteria w jednym zestawie - zdecydowanie miałam szczęście :)








Więcej o moim stroju już w najbliższych dniach!

wtorek, 11 listopada 2014

Madika i Berbeć. Część VII

Dzisiejszy post mógłby właściwie nosić tytuł "Z darów". Mąż zauważył też lekkie zabarwienie pornograficzne - wszechobecna (wcale nie, mam też panterkową torebkę, bluzę i coś jeszcze, co widziałam wczoraj, ale dziś już nie pamiętam, co to było) panterka, marka sukienki, no i ta marchewka :) Brak natomiast tak oczywistego dzisiaj zabarwienia patriotycznego (zainteresowaną tego typu strojami odesłać mogę tu i tu, i tu). Tymczasem znowu Berbeć.





Komin dostałam od Mamy mojego Męża we wrześniu (razem ze wspomnianym tutaj swetrem, który zdecydowanie ma guziki, a nie kołeczki), ale jakoś chciałam założyć go właśnie w takim zestawieniu z sukienką i opaską, a na sukienkę było do tej pory za ciepło. Pomyślałam sobie, że Wszystkich Świętych to idealny moment na ten strój. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że skoro Wszystkich Świętych, to i ja tak na bogato. Grubość sukienki i rajstop pewnie też miała w tym swój udział, chociaż po raz kolejny okazało się, że jednak istnieje globalne ocieplenie i 1 listopada z zimnem kojarzy się zupełnie nie wiadomo czemu. No dobra, przyznaję, że, kiedy na wiejskim cmentarzu szukaliśmy pewnego grobu przez 20 minut, zrobiło się lodowato, ale to może być wpływ miejsca i tego, że wyłączyli latarnie. Dzisiaj sobie pomyślałam, że właściwie może niepotrzebnie martwię się tym, co będę nosić, gdy będzie zimno (przypominam, że ja po prostu tak mam, że się martwię, zwłaszcza przeszłością i przyszłością, i całkiem nierealnymi rzeczami). W końcu dopiero co narzekałam, że, kiedy już zaopatrzyłam się w odpowiednią ilość ciepłych swetrów, miałam fajne płaszcze, kozaki, czapki, szaliki i rękawiczki, zimy w sumie nie było. Zimy stulecia na razie jakoś też nie ma i jak tak dalej pójdzie, to nawet nie wyjdę poza ubrania jesienne, bo w lutym to ja raczej zbytnio wychodzić z domu nie zamierzam. A na zimę marcową i kwietniową mam to, co miałam w zeszłym roku. Póki co jednak wszyscy zaangażowali się w ubranie mnie na zimę - Babcia podała dla mnie dwa płaszcze, Mama Męża wyposażyła mnie w różnego rodzaju swetro-narzutki. W ogóle zauważam, że teraz wiele osób chętnie obdarowuje mnie ubraniami, które są na nie za duże. Chyba łatwiej jest powiedzieć, że TERAZ będzie to na mnie dobre niż przyznać wprost, że byłoby dobre i wcześniej, bo jestem większa. Ale za fajne ciuchy nigdy się nie obrażam i chętnie korzystam :) Mama pożyczyła mi też super tunikę, o której marzyłam od kiedy spodziewam się Berbecia. Kupiłyśmy ją razem, ale na mnie była za duża i wiedziałam, że nadejdzie ten moment, kiedy będzie dobra. Obawiam się, że, chociaż pasuje, ten idealny moment przeminął już dawno, mniej więcej wtedy, gdy musiałam kupić o rozmiar większy stanik. Ale mam na nią dwa pomysły i muszę szybko znaleźć odpowiednie okazje. A Mama chyba i tak jej nie nosi, chociaż powinna! 






Wracając do tematów zimowych, za mój ostatni bon (chlip chlip) w Bidze kupiłam dwa kolejne swetry, z których jeden jest przefajny, a drugi po prostu idealny. Pierwszy jest czerwony i ma masę serduszek, i wystarczającą długość, żeby nosić go z legginsami. Drugi  naprawdę nie mógłby być lepszy. Ma kaptur (od kiedy to jest dla mnie zaletą?) wykończony futrem (a to?) (no dobra, odrobinkę za duży), zapinany jest na kołeczki, kolor to taki brudny beż, firma wygląda na amerykańską, co bardzo dodaje mu stylu, ma też kieszenie, jest długi i na tyle duży, że mogę się w nim bez problemu zapiąć, a w przyszłym roku będzie po prostu superotulający. Chyba w obliczu aktualnych temperatur powinnam przystopować z tymi swetrami, bo nigdy nie zdążę ich założyć, a i szafa nie jest z gumy. Wybrałam też bordową seksowną koszulę, którą chyba wykorzystałam w jakiejś stylizacji, ale nie mogę jej sobie przypomnieć, i świetny skórzany mikrożakiecik, teraz się w nim nie dopinam, ale na przyszłość będzie ok. 






Berbeciowi też parę rzeczy wpadło i powinien się ucieszyć, zwłaszcza jeżeli jest dziewczynką. 






Wdzianko jest szczególnie urocze, zwłaszcza podszewka w ślimaki z domkami na grzbiecie.

niedziela, 9 listopada 2014

Z archiwum Flickra, część CLXXVI

Dzisiaj niestety jest mniej pięknie i w planach, poza kościołem, tylko siedzenie w domu. Nie miałam ochoty na żaden specjalny strój, wybrałam dresowe spodnie i bluzę. Czasem można sobie na to pozwolić, nawet jeśli ma się cztery pary nowych kolorowych rajstop - tak, w końcu znalazłam kolorowe rajstopy ciążowe i nawet nie było to takie trudne, bo były na Allegro. Jeszcze ich nie testowałam, ale mam nadzieję, że się sprawdzą. A pieniążki na spodnie dostałam w imieninowym prezencie od Rodziców, więc i taki zakup mnie czeka. Naszła mnie dzisiaj zresztą taka myśl, że już właściwie niedługo do końca. Fakt, że te najtrudniejsze chwile, również ubraniowo, jeszcze przede mną. Ale jednak wkrótce przyjdzie taki czas, kiedy będę mogła bez przeszkód pomalować paznokcie, zafarbować włosy, założyć stare ubrania (no prawie, najpierw trzeba się w nie zmieścić i chyba na parę miesięcy zaprzyjaźnić się z bluzkami/sukienkami na guziczki, w które będę musiała się dopiero zaopatrzyć). Szkoda tylko, że nie będzie pretekstu do kupowania nowych ciuszków :)







poniedziałek, 20 października 2014

Madika i Berbeć. Część V.

Najpierw się na coś bardzo długo czeka. Człowiek sobie wyobraża, jaki będzie szczęśliwy, gdy to wreszcie nastąpi. Później trudno uwierzyć, że się udało, że było to w ogóle możliwe albo że stało się tak szybko. A później nadchodzi szara codzienność, domowe obowiązki, praca, plany do zrealizowania i te, o których musimy zapomnieć, a tak łatwo o sobie zapomnieć nie dają. To, co miało dawać szczęście, wiąże się z jakimiś trudnościami czy zmartwieniami, czasem nawet żałuje się tego, że miało się takie akurat marzenia. Czasem z tym zrealizowanym marzeniem zostaje się samemu i okazuje się, że w samotności nic już tak nie cieszy. Szczęście gdzieś po drodze się gubi. Czasem następuje jednak taki moment, który uświadamia nam, że warto nad naszym marzeniem się zatrzymać, znaleźć chwilę na celebrowanie swojego szczęścia. Ja taki moment przeżyłam właśnie dzisiaj. Po bardzo udanym wyjeździe wakacyjnym (chociaż październikowym) i kilku intensywnych dniach związanych z pracą nadszedł czas zderzenia z rzeczywistością. Najpierw z faktem, że większość czasu spędzam sama. Później z tym, że jedne czy drugie wyniki badań już przeprowadzonych albo dopiero zaplanowanych nic nie zmienią, bo po pierwsze taka już jestem, że muszę się martwić, a po drugie, jak już człowiek ma dziecko, to zawsze albo ząbkowanie, albo katar, albo szkoła się zaczyna, albo pierwsza miłość, albo matura, albo inne poważne sprawy. Przez cały dzień zderzam się też z brudną łazienką, która nie robi się od tego ani odrobinę czystsza. Dosyć bolesne jest zderzenie z faktem, że przez najbliższe miesiące nigdzie nie wyjadę, przynajmniej nigdzie za granicę, a miałam jeszcze trochę planów, które teraz okazały się nierealne. Nie ukrywam, że boli też fakt, że kiedy Mąż będzie dobrze bawił się na różnych wyjazdach, ja będę miała dzień dla siebie, który w liczbie 300 rocznie przestaje być aż tak atrakcyjny. Ale chyba najbardziej zabolało mnie to, że za często myślę o tym, czego nie będę miała, a tak rzadko poświęcam czas na to, co mam. Zamiast pogadać z Berbeciem, który dzisiaj wierci się jak szalony, zastanawiam się, co będę robiła za miesiąc czy półtora, a za miesiąc czy półtora znowu z Nim nie pogadam, bo znowu za pół roku będzie coś ciekawszego. Myślę o tym, że, kiedy już się urodzi, poświęcę mu cały swój czas, a przecież już jest z nami i tak mało czasu umiem Mu poświęcić. Myślę też o tym, że będę Mu dawać zdrowe jedzenie, a tymczasem za chwilę wsunę całą paczkę orzechowych chrupek o bardzo nienaturalnym składzie. 




Jednak, chociaż dziwnie (i trochę strasznie) się to pisze, chociaż czasem trudno tak po prostu w to uwierzyć, wszystko jest dobrze, chyba nawet najlepiej od lat. Nie jest oczywiście idealnie, ale sporo się poukładało, nie na wszystko niestety był to dobry moment, ale na najważniejsze to jest dobry moment. Mieszczę się ciągle w normalne ubrania, kupowane w tym samym rozmiarze, co wcześniej (dwie nieco większe spódnice ciągle jeszcze są za duże), jem to, co lubię, wysypiam się, pracuję, wyniki uparcie są dobre i nie ma się czym martwić (martwienie w ogóle nie powinno przychodzić mi do głowy), byliśmy na cudownych wakacjach, zresztą podróżujemy w ostatnich miesiącach niemal co weekend, zwiedzamy, spacerujemy, ile się da. Plany zwiedzalnicze (może lekko zmodyfikowane) zostały już w tym roku zrealizowane z nawiązką, a przecież przed nami jeszcze dwa i pół miesiąca, no i później całe życie podróży z Berbeciem (no dobra, jakieś 10 lat, potem pewnie pojawią się wyjazdy z przyjaciółmi, których bardzo bardzo Mu życzę). Gdy już porzucę swoją martwiącą naturę, naprawdę muszę przyznać, że chyba nie mogłoby być lepiej i chyba zaraz wyłączę komputer, wezmę herbatkę (owocową :)), zapomnę o łazience i całym świecie i po prostu będę się cieszyć. No może jeszcze wcześniej po raz kolejny obejrzę przepiękne zdjęcia panny Marty, na które natknęłam się dzisiaj przypadkowo, a które tak bardzo ten dzień zmieniły. Prawda, że przepiękne? I można, mając dziecko, nosić wielkie wianki i długie sukienki, i koszyczki? Można i ja też zamierzam.




Póki co jednak, mam na sobie jabłkową sukienkę, na którą mam jeszcze kilka pomysłów na tę jesień, nie wiem tylko, czy starczy materiału na biuście. Do tego mokasyny, które już chyba niedługo pożegnają się z życiem, a uwielbiam je bardzo. I torba - mieszczą się do niej kilogramy jabłek. 



W tle Sądecki Park Etnograficzny, który już drugi raz obdarował nas piękną letnią aurą. O tak, jabłka pasują do skansenów tak samo dobrze jak kwiatki.

piątek, 26 września 2014

Madika i Berbeć. Część III.

I pomyśleć, że jeszcze sto lat temu była taka ładna pogoda. Dzisiaj co prawda na moment wyjrzało słońce, ale akurat nie był to ten moment, kiedy wychodziłam z domu. Raczej ten, kiedy odkurzałam. Dzisiaj rano usłyszałam też jedną z najokropniejszych wiadomości - nadchodzi zima stulecia! I ma się zacząć już w październiku. Niby próbuję sobie tłumaczyć, że to tylko telewizja, a telewizja kłamie, że to tylko prognoza, a prognoza się myli, ale jak słyszę, że pies niejadek robi zapasy tłuszczyku na zimę, to jednak jestem przerażona. Już dzisiaj musiałam założyć trencz, którego nie dałam rady dopiąć i wziąć w dłoń parasolkę, czego nienawidzę. Kurtki na jesień jeszcze nie kupiłam, a gdzie mi tam do zakupu płaszcza zimowego. Zwłaszcza, że wcale nie chcę go kupować. Gdyby nie to, że sama z siebie mam największy rozmiar świata, mogłabym pożyczyć od kogoś większego. Zresztą chyba kiedyś już o tym pisałam. Na deszczową pogodę na szczęście mam kaloszki, czerwone, z biedronki, a nie, pardon, z Biedronki (głupi żart :)). Ale skoro ich dzisiaj nie założyłam, to przemokły mi buty i potem musiałam pić herbatę. Stwierdziłam za to, że, jeżeli chodzi o swetry, też jest krucho. Mam same kardigany, których nie dam rady zapiąć, albo narzutki, których w ogóle się nie zapina. Nie lubię swetrów ani bluz wkładanych przez głowę, mam kilka, ale i tak się w nie nie zmieszczę. Od Mamy mojego Męża dostałam świetny sweter z kapturem, zapinany na kołeczki (jak tak czytam, co napisałam, to chyba jednak on się zapina na guziki, ale nie będę szła sprawdzać) wyłożony futerkiem, jeżeli faktycznie zima stulecia nadejdzie w październiku, będę go nosić ciągle. Jeżeli nadejdzie w listopadzie, pewnie przyda się dopiero za rok. Dlatego postanawiam, że we środę, komponując październikowe zestawy w Bidze, poszukam dla siebie kurtki/płaszcza, swetrów wkładanych przez głowę i legginsów (na nogi, nie przez głowę). Może jeszcze jakichś spodni. Ostatecznie spódnic. Sukienek nie szukam. Sukienki i tak wezmę:(




A propos sukienek, tę ze zdjęcia mam właśnie z Bigi. Śliski materiał, uroczy kołnierzyk i, przede wszystkim, serduszkowy nadruk, sprawiły, że wyobraziłam ją sobie jako idealną kreację weselną. Tak się złożyło, że niedługo później, zupełnie niespodziewanie, zostałam zaproszona na wesele do znajomych. Aga i Piotrek, jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Niestety zdjęcia kreacji weselnej nie mam, bo popsuł nam się samochód. Tak, wiem, to wszystko wyjaśnia. No, nie było czasu po prostu. A wtedy, na spacer, do serduszkowej sukienki wybrałam serduszkowe okulary, serduszkowe kolczyki (jakoś rzadko mam okazję je założyć, a bardzo mi się podobają), słomianą torebkę, słomiany kapelusz i najwygodniejsze sandały świata. A, no i jeszcze serduszkowy pasek, kupiony (kto zgadnie gdzie?) w pewien środowy poranek za 2 złote. I chyba zapłacili za niego Rodzice. 






wtorek, 8 lipca 2014

Z archiwum Flickra, część CXXI

Pięć lat temu pewien dobrze zapowiadający się młodzieniec pod pretekstem podania deseru zaproponował pewnej świeżo upieczonej pani licencjat (strój z tej okazji tutaj) wspólną przyszłość. I chociaż czasem się zastanawiam, czy babeczka z malinami albo pączek nie byłyby lepsze od milionów wylanych łez, nie żałuję podjętej decyzji i czekam na kolejne wspólne przygody.



sobota, 17 maja 2014

Tajemniczy ogród

Od niemal ośmiu lat mieszkam prawie naprzeciwko ogrodu botanicznego, jednak dopiero rok temu się tam wybrałam. Nie jestem jakąś szczególną fanką roślinek, w ogóle się też na nich nie znam, ale wycieczkę tę zaliczam do udanych. (Szczerze mówiąc, ja chyba wszystkie wycieczki zaliczam do udanych). Aż trudno mi było uwierzyć, że w samym centrum wielkiego miasta może mieścić się tak duży i różnorodny kawałek zieleni. 




Innym tajemniczym ogrodem, który odkryłam rok temu, był sklep Łatka. Niestety istniał tylko kilka miesięcy, ale i tak udało mi się zerwać tam kilka ładnych kwiatków :). A było tak. Najpierw pojawił się interesujący szyld i informacja o otwarciu, ale bez konkretnej daty. Oczywiście nie odważyłam się wejść. Kolejnym razem jednak pchnęłam niesamowicie ciężkie drzwi i zaczęłam eksplorować. Pierwsze wrażenia były nienajlepsze, po szmateksie, który ma tak ładny szyld i nawet fanpage na Facebooku, spodziewałam się czegoś więcej niż nie do końca czyste ubrania z Primarka. Coś mnie jednak tam przyciągało i okazało się, że z czasem było coraz lepiej. Chodziłam do Łatki chyba kilka razy w tygodniu, zawsze w poniedziałki na nową dostawę, a później wpadałam też, kiedy ceny były niższe. Ledwie kilka razy wyszłam bez niczego nowego i byłam wtedy z siebie bardzo dumna, że nie wydałam niepotrzebnie pieniędzy. Asortyment znałam doskonale, wiedziałam już, co warto kupić od razu, a po co spokojnie mogę wrócić za jakiś czas. Zdarzyło mi się też być na Midnight shoppingu nazywanym przez mojego Męża wernisażem w szmateksie. Jakoś tak początkiem czerwca wypatrzyłam na dostawie świetną sukienkę w maki, ale ciągle odkładałam i odkładałam ten zakup, wreszcie poszłam po nią i okazało się, że za kilka dni sklep zostanie zamknięty i to była moja ostatnia szansa, żeby ją kupić. A jest to naprawdę idealna sukienka. Potem pojechałam na ślub Przyjaciółki, a kiedy wróciłam, Łatki faktycznie już nie było. Miała powrócić w jakimś innym miejscu, ale skoro nie stało się to do tej pory, już chyba nie ma na co liczyć. Postanowiłam się przeprosić z pobliskim sklepem Dawo, bo nic ciekawszego w okolicy nie mam. A uwieczniona na zdjęciu spódnica w papryczki to jeden z łatkowych skarbów. 





czwartek, 8 maja 2014

Odbiła mi palma

Początkowo planowałam po prostu kupić trochę różnych kwiatów, jakieś bazie czy gałązki i przy użyciu wstążek stworzyć własną palmę. Doskonale wiem o tym, że jestem zupełnie pozbawiona talentu plastycznego (podobnie jak wszystkich talentów artystycznych albo i wszystkich talentów w ogóle), ale mój amatorski twór uważałam za coś lepszego niż jedna z tysięcy palm wyprodukowanych gdzieś tam w Chinach (właściwie nie wiem, gdzie oni je produkują). Okazało się jednak, że znalazłam na pobliskim targu przepiękne palmy robione własnoręcznie przez jakąś utalentowaną panią i postanowiłam trochę poszpanować zamiast chować się po kątach z moją zapewne niezbyt uroczą palemką.




Nietrudno się domyślić, że nie chciałam wyglądać gorzej od mojej palmy. No dobra, chciałam wyglądać podobnie do niej :) Przede wszystkim wybrałam ubrania w podobnych kolorach, ale to był dopiero pierwszy poziom trudności. Kwiatki, które kupiłam kiedyś za grosze na wyprzedaży w H&M były niemal identyczne jak kwiatki stanowiące element palmy. Perłowe kolczyki świetnie imitowały bazie, a naszyjnik z blaszanych kwiatków przypominał złote kopułki cerkiewne czy cokolwiek to było (te złote elementy tuż nad kwiatkami). Oczywiście, jak zwykle, było mi zimno, bo chyba nie umiem się ubrać i ładnie, i ciepło, o wygodzie już nie wspominając.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Z archiwum Flickra, część LXX

Dobro powraca. Ok, wiem, że to prawda stara jak świat. Ale całkiem niedawno przekonałam się, że obowiązuje także w ciuchoświecie. Zaczęło się ponad miesiąc temu. Wykonałam cztery stylizacje dla Bigi i odebrałam swój bon na 100 złotych. Wzięłam milionpięćsetstodziewięćset rzeczy, poszłam do przymierzalni, odrzuciłam większość z nich. W koszyku wylądowały urocze żółte zasłony z Kubą (w ogóle się nie przejmuje tym, że Mąż zapytał, co z nimi zrobię, ani tym, że nie będą pasowały do naszego nowego mieszkania, bo jeszcze kiedyś będę mieć dzieciaki, a one będą miały najpiękniejszy pokój świata), retro kurteczko-marynarka, śliczna elegancka granatowo-kremowa sukienka z cieniutkiego materiału (tak, zaciągnęłam ją wieszakiem zanim w ogóle miałam okazję założyć), granatowo-kremowy nibyfartuszek, który idealnie na mnie leżał i długa letnia sukienka spełniająca wszystkie moje wymagania - świetne dopasowanie, mnóstwo kolorów, ramiączka, brak gumek, odpowiednia długość, materiał odpowiedniej grubości. Przy kasie okazało się, że bon pokrywa tylko wydatki na trzy pierwsze rzeczy. Miałam mocne postanowienie trzymania się bonu, więc z bólem serca odłożyłam dwie ostatnie sukienki. Później przeglądałam asortyment sklepu jeszcze dwa razy, nibyfartuszek był, ale długiej sukienki niestety już nie znalazłam. Straciłam więc nadzieję, że mogłabym ją kupić, a wyrzuty sumienia mieszały się z dumą z dotrzymania własnych postanowień. Przy okazji stylizacji kwietniowych znalazłam dla siebie rzeczy tylko za 50 złotych, drugi bon chciałam wykorzystać przed Świętami, szukając czegoś na wielkanocne śniadanie (do założenia oczywiście, bo na stole i tak miał być obowiązkowy żurek). Ubrałam panią manekinkę i zaczęłam rozglądać się po sklepie. Przeglądałam wieszaki z sukienkami, bo to zawsze pierwszy i najważniejszy punkt programu. Zauważyłam, że jedna z sukienek spadła z wieszaka, przyznaję, że w pierwszym odruchu chciałam ją tak zostawić, ale coś mnie tknęło. Muszę przyznać, że do pewnego stopnia czuję się odpowiedzialna za to, jak wygląda porządek w sklepie, niektórzy klienci myślą, że tam pracuję i nie chciałabym, żeby odnosili wrażenie, że nie przeszkadza mi bałagan. Poza tym dla mnie to tylko mały skłon po sukienkę i założenie jej z powrotem na wieszak, a Panie pracujące tam robią to co chwilę. Kiedy schyliłam się, zauważyłam, że coś leży na podłodze między worami z nową dostawą. Tak, zgadłaś, była to moja wymarzona sukienka. Pewnie też spadła z wieszaka i ukryła się przed wzrokiem klientek. Gdybym nie schyliła się, żeby poprawić coś, na co inni nie zwrócili uwagi, mogłabym jej już nie znaleźć. A tak trafiła do mojego koszyka wraz z piekną wiosenną wielkanocną sukienką. Nibyfartuszek też jeszcze był, jeśli wytrzyma dwa tygodnie, będzie mój!



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Chodzi lisek koło drogi

Jest szał. 4 rzeczy z H&M, w tym tylko jedna z drugiej ręki. 
O tym, że tylko jedna z nowej kolekcji nie należałoby wspominać. Jest też coś z Zary. Barwy takie raczej letnie, ale tak lubię tę sukienkę, że po prostu musiałam jeszcze w tym roku sprawdzić, jak się skomponuje ze sweterkiem w motyle. 


Miejsce też nie byle jakie - poznańska Teatralka. Czytam właśnie kolejny raz "Noelkę", miło wreszcie wiedzieć, jak te wszystkie miejsca wyglądają. 



środa, 4 grudnia 2013

Wyprowadzam je na spacer wśród gwiazd

Ja właściwie nie lubię zwierząt. Ani żywych, ani martwych, chociaż tych drugich chyba bardziej. Wypchanych też nie lubię. A najbardziej nienawidzę ptaków. W sumie ze zwierząt lubię sarenki, nie żebym jakąś znała, ale lubię. Psy tak średnio, koty trochę bardziej. Mam u Rodziców żółwia, ale z niego raczej marna pociecha. Taki mało kontaktowy. 
Ale kiedy zobaczyłam lisią czapkę w H&M, wiedziałam, że muszę ją mieć. I postanowiłam ją kupić, a to mi się praktycznie nigdy nie zdarza. Ponieważ zazwyczaj kupuję w szmateksach, po prostu biorę to, co jest. O dziwo, spełniam w ten sposób wiele swoich ciuchowych marzeń, ale nigdy nie da się tego zaplanować. W tzw. normalnych sklepach kupuję tylko w czasie wyprzedaży, a w sumie i tak rzadko. Teraz już nawet do nich nie zaglądam, chyba że szukamy czegoś z Mężem. I kiedyś właśnie szukaliśmy czegoś w Carry, a znalazłam pieski pasek. Mąż, ku mojemu zaskoczeniu - trochę tych pasków mam - pozwolił mi kupić. A ten powieszony pies stary jak świat. Ale jakoś się trzyma.