Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kokardka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kokardka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 13 grudnia 2014
środa, 26 listopada 2014
Biga marcowa
Marzec to czas nowych trendów, więc zanim wybrałam się do Bigi, zapoznałam się z tym, co proponowały magazyny. I chyba niewiele na tym skorzystałam :)To również czas nieco cieplejszej pogody, można więc, chociażby w wyobraźni, zdecydować się na lżejsze, warstwowe stroje. Wreszcie jest to czas zupełnie innych, jasnych i naprawdę kolorowych, kolorów. W tym miesiącu również współpracowałam z moją Kuzynką, ale ponieważ mogła dołączyć dopiero w połowie miesiąca, dwie pierwsze stylizacje sfotografowałam sama moim supertelefonem. Początek wiosny tak rozbudził moją kreatywność, że na marzec zaproponowałam nie cztery, ale aż pięć stylizacji.
Pierwsza propozycja to kwiaty, pastele i kobiecość. Elegancki zestaw do pracy, na spacer czy spotkanie towarzyskie. Warstwy (bluzka, sukienka, kardigan, trencz) zapewniają ochronę przed chłodem, dodatki (apaszka, pasek, naszyjnik, torebka) sprawiają, że strój staje się ciekawszy. Apaszkę do powyższego zestawu zaproponowała Pani Kierowniczka sklepu i
myślę, że jest to fajny wiosenny akcent. Torebka i naszyjnik to
elementy, których pewnie dla siebie bym nie wybrała, ale do całego
zestawu pasowały idealnie.
Nie wiem, czy zauważyłam to dopiero w marcu, czy już wcześniej, ale są w Bidze ubrania, które bardzo długo (nawet przez kilka miesięcy) nie opuszczają sklepu. Były elementy, które kilkakrotnie chciałam wykorzystać, ale jakoś ciągle mi nie pasowały (lub pasowały za którymś razem), były też takie, które wykorzystałam, a potem widziałam je jeszcze wiele razy na wieszaku. Trochę szkoda, że sklep nie proponuje większych (częstszych) obniżek, bo niektóre z tych rzeczy były naprawdę fajne, ale pewnie za drogie. Może pomogłaby też wymiana asortymentu między sklepami, by ubrania, które nie znalazły swojego nabywcy w jednym miejscu, miały szanse zaprezentowania się innym klientom. Powyższą sukienkę mierzyłam, gdy moja ciąża była już widoczna, mniej więcej w sierpniu, czyli aż 5 miesięcy po pokazaniu jej na manekinie. Przy tworzeniu stylizacji też bywało to problemem, bo, chociaż ubrań jest w sklepie ogromna ilość, zdarzało się, że wszędzie widziałam znowu to samo. Klientka, która nie lubi za bardzo szperać, a przychodzi regularnie, mogła się zniechęcić. Ja na szczęście nie jestem tego typu klientką :)
Drugi zestaw to kwiaty, kwiaty, kwiaty i kolory. Sama z chęcią założyłabym taki strój, a bluzkę nawet kupiłam (mogłaś ją zobaczyć tutaj). Chyba już wiesz, że uwielbiam, gdy jakiś wzór pojawia się na kilku elementach ubioru. Postanowiłam wykorzystać to również przy tworzeniu stylizacji, a cóż jest lepszego od bukietu wiosennych kwiatów?
Kolejny strój to również kwiaty i kolory, ale w bardziej kobiecym wydaniu. Spódniczka to tak naprawdę niezbyt zabudowana sukienka, do tego bluzka bez rękawków, kardigan i pasek z klamrą zwróconą do tyłu. Zawsze żałuję, że na takie proste pomysły nieco innego wykorzystania znanych elementów wpadam tylko tworząc bigowe stylizacje, a jakoś przy ubieraniu się nie potrafię tego zrobić.
Tworząc zestaw na pierwszy dzień wiosny naprawdę sobie poszalałam. Wyjątkowo pojawiają się spodnie, jest wreszcie torebeczka. Na wiosenny spacer przydaje się zarówno dłuższy sweterek (za to z krótszymi rękawami), jak i trencz. Wszystko w energetycznych, wiosennych kolorach, a białą bluzeczkę usprawiedliwia obecność groszków. Oj, tak, chciałabym teraz mieć na sobie coś takiego :)
Ostatni pomysł to również w stu procentach ja :) Połączenie pasków i kwiatów, kokardka i serduszko, znowu wiosenne kolory, spódniczka i (może nie aż tak piękne i średnio w moim stylu, ale za to wygodne) idealnie dopasowane kolorystycznie balerinki. Buty, torebka i biżuteria w jednym zestawie - zdecydowanie miałam szczęście :)
Więcej o moim stroju już w najbliższych dniach!
czwartek, 6 listopada 2014
wtorek, 4 listopada 2014
niedziela, 19 października 2014
piątek, 26 września 2014
Madika i Berbeć. Część III.
I pomyśleć, że jeszcze sto lat temu była taka ładna pogoda. Dzisiaj co prawda na moment wyjrzało słońce, ale akurat nie był to ten moment, kiedy wychodziłam z domu. Raczej ten, kiedy odkurzałam. Dzisiaj rano usłyszałam też jedną z najokropniejszych wiadomości - nadchodzi zima stulecia! I ma się zacząć już w październiku. Niby próbuję sobie tłumaczyć, że to tylko telewizja, a telewizja kłamie, że to tylko prognoza, a prognoza się myli, ale jak słyszę, że pies niejadek robi zapasy tłuszczyku na zimę, to jednak jestem przerażona. Już dzisiaj musiałam założyć trencz, którego nie dałam rady dopiąć i wziąć w dłoń parasolkę, czego nienawidzę. Kurtki na jesień jeszcze nie kupiłam, a gdzie mi tam do zakupu płaszcza zimowego. Zwłaszcza, że wcale nie chcę go kupować. Gdyby nie to, że sama z siebie mam największy rozmiar świata, mogłabym pożyczyć od kogoś większego. Zresztą chyba kiedyś już o tym pisałam. Na deszczową pogodę na szczęście mam kaloszki, czerwone, z biedronki, a nie, pardon, z Biedronki (głupi żart :)). Ale skoro ich dzisiaj nie założyłam, to przemokły mi buty i potem musiałam pić herbatę. Stwierdziłam za to, że, jeżeli chodzi o swetry, też jest krucho. Mam same kardigany, których nie dam rady zapiąć, albo narzutki, których w ogóle się nie zapina. Nie lubię swetrów ani bluz wkładanych przez głowę, mam kilka, ale i tak się w nie nie zmieszczę. Od Mamy mojego Męża dostałam świetny sweter z kapturem, zapinany na kołeczki (jak tak czytam, co napisałam, to chyba jednak on się zapina na guziki, ale nie będę szła sprawdzać) wyłożony futerkiem, jeżeli faktycznie zima stulecia nadejdzie w październiku, będę go nosić ciągle. Jeżeli nadejdzie w listopadzie, pewnie przyda się dopiero za rok. Dlatego postanawiam, że we środę, komponując październikowe zestawy w Bidze, poszukam dla siebie kurtki/płaszcza, swetrów wkładanych przez głowę i legginsów (na nogi, nie przez głowę). Może jeszcze jakichś spodni. Ostatecznie spódnic. Sukienek nie szukam. Sukienki i tak wezmę:(
A propos sukienek, tę ze zdjęcia mam właśnie z Bigi. Śliski materiał, uroczy kołnierzyk i, przede wszystkim, serduszkowy nadruk, sprawiły, że wyobraziłam ją sobie jako idealną kreację weselną. Tak się złożyło, że niedługo później, zupełnie niespodziewanie, zostałam zaproszona na wesele do znajomych. Aga i Piotrek, jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Niestety zdjęcia kreacji weselnej nie mam, bo popsuł nam się samochód. Tak, wiem, to wszystko wyjaśnia. No, nie było czasu po prostu. A wtedy, na spacer, do serduszkowej sukienki wybrałam serduszkowe okulary, serduszkowe kolczyki (jakoś rzadko mam okazję je założyć, a bardzo mi się podobają), słomianą torebkę, słomiany kapelusz i najwygodniejsze sandały świata. A, no i jeszcze serduszkowy pasek, kupiony (kto zgadnie gdzie?) w pewien środowy poranek za 2 złote. I chyba zapłacili za niego Rodzice.
niedziela, 14 września 2014
czwartek, 4 września 2014
Najpiękniejsza suknia świata
Przed ślubem towarzyszyła mi obawa, że, kiedy w końcu nadejdzie ten dzień, stwierdzę, że wybrana przeze mnie suknia to jednak nie to. Ponieważ zazwyczaj nie planuję swoich strojów z wyprzedzeniem, lubię wybierać rzeczy, które akurat w danym momencie mam ochotę założyć, trudno było mi wyobrazić sobie, że prawdopodobnie najważniejsze ubranie w moim życiu będzie przygotowane już wcześniej. A jeśli w międzyczasie znajdę ładniejszą suknię? Jeśli będę chciała coś zmienić? Jeśli już po założeniu sukni stwierdzę, że nie do końca mi odpowiada?
Wcześniej zawsze wyobrażałam sobie, że przed ślubem będę kupować niezliczone pisma o tej tematyce, miesiącami poszukiwać idealnego modelu. Tak naprawdę za poszukiwania zabrałam się pół roku wcześniej i dosyć szybko okazało się, że muszę się już decydować, bo pół roku to minimalny czas w wielu salonach. Właściwie nie wiem, czy w wielu, bo byłyśmy z Mamą tylko w kilku. I, szczerze mówiąc, nic nie wpadło mi w oko jakoś szczególnie. Od początku wiedziałam, czego chcę, ale ani sklepy stacjonarne, ani internetowe portale nie były w stanie zaspokoić moich potrzeb. No dobra, przez chwilę byłam o krok od zakupu sukni za 4500 złotych, tak, wiem, to szaleństwo, zwłaszcza że nie była idealna. Była w jakiś sposób piękna, wyglądałam w niej cudownie, ale jednak marzyłam o czymś innym. Miało być trochę retro, z podkreśloną talią, z zabudowaną górą (żadne gorsety nie wchodziły w grę), dół miał być zwiewny, a materiał lekki i przyjemny w dotyku. Obowiązkowym dodatkiem była dla mnie duża zielona kokarda. Czemu tak? Zupełnie nie wiem. Szukając inspiracji, natknęłam się gdzieś na zdjęcie sukni z różową ogromną kokardą i dwiema szarfami spływającymi do ziemi. Była chyba dosyć okropna, ale właśnie wtedy stwierdziłam, że ja muszę mieć nieco mniejszą i dużo bardziej zieloną kokardę, bez żadnych szarf, miał to być raczej pasek, który będę mogła nosić ponownie. Oczywiście panie w salonach mogły spełnić wszystkie marzenia, oprócz mojego. Udało się jednak znaleźć cudowną krawcową, która spełniła właśnie moje marzenie, a nawet stworzyła coś lepszego niż byłam w stanie sobie wyobrazić.
Do sukni wymarzyłam sobie zielone szpilki. Nie za wysokie, ani satynowe, ani zamszowe, takie, które sprawdzą się przy każdej pogodzie i wielu okazjach. Domyślasz się pewnie, że sklepy są pełne takich butów, a przynajmniej trzy lata temu były. Milion razy sprawdzałam we wszystkich galeriach, w internecie, wszyscy wiedzieli, jakich butów szukam i że mają dać znać, gdyby je znaleźli. W końcu miały być jakieś kolorowe, żółte, pomarańczowe, różowe, fioletowe. I dalej nic. Wreszcie w Aldo znalazłam poniższe cudeńka. Zupełnie inne buty chciałam kupić, te były zresztą tylko w zbyt małym rozmiarze. Przyszłam raz, drugi, w końcu zmierzyłam i, o dziwo, okazało się, że pasują. Musiałam jeszcze przekonać samą siebie, że kokardki na butach nie gryzą się z kokardą przy sukni. Podobno nie wolno mieć na ślubie butów typu open toe, bo dziurką ucieknie szczęście. Moje chyba nie uciekło, może po prostu nigdy go nie było. Za to buty okazały się cudownie wygodne, dzięki paskom świetnie sprawdziły się w tańcu (na pewno lepiej niż ja :)) i, chociaż staram się je oszczędzać, wiem, że niejeden raz mi się jeszcze przydadzą. Kokardek nigdy dość, dlatego przy bukiecie złożonym z różnokolorowych kwiatów (ze szczególnym uwzględnieniem moich ulubionych słoneczników) znalazła się kokardka pomarańczowa.
czwartek, 28 sierpnia 2014
Z archiwum Flickra, część CXXVIII
Etykiety:
kokardka
,
kolorowo
,
lato
,
naszyjnik
,
opaska
,
pasek
,
restauracja
,
rodzinny obiad
,
sukienka
,
szpilki
,
torebka
,
wardrobe remix
,
wzorki
poniedziałek, 7 lipca 2014
piątek, 27 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
wtorek, 27 maja 2014
Z archiwum Flickra, część XCII
Etykiety:
balerinki
,
kokardka
,
legginsy
,
szmateks
,
szorty
,
torba
,
wardrobe remix
,
wiosna
,
wzorki
,
zuchwała kradzież
czwartek, 22 maja 2014
poniedziałek, 19 maja 2014
wtorek, 6 maja 2014
Z archiwum Flickra, część LXXVIII
Dzisiaj zdjęcia sprzed czterech lat, robione pod blokiem mojego Dziadzia. Strój z osiemnastkowej imprezy Kuzynki. Właściwie to dopiero niedawno (jakieś dwa lata temu) uwierzyłam, że moja Kuzynka nie chodzi już do przedszkola. Teraz spotykamy się co miesiąc na zdjęcia stylizacji dla Bigi, a przy okazji robimy kilka innych fotek, które, mam nadzieję, także zaczną się tu ukazywać. Póki co jednak znajduję coraz więcej ciekawych zestawów z przeszłości :)
Spódnica, którą mam na sobie powyżej, to zdobycz ze szmateksowego działu dziecięcego. I to nie byle jakiego, bo z rzeszowskiego NOTu. Swego czasu byłam tam stałą klientką czwartkową, a teraz staram się zaglądnąć, gdy akurat jestem w Rzeszowie. Ceny już niestety nie te, ale zawsze coś ciekawego się trafi. Spódniczka o dziwo pasowała na mnie bardzo długo i często była noszona. O torebce pisałam już tu, balerinki wyszukała dla mnie w szmateksie Mama, tutaj możesz dokładniej zobaczyć zdobiące je przeurocze wisienki (czeresienki?). Opaskę z kokardą kupiłam w dziecięcym H&M z okazji pogrzebu prezydenta, a raczej w celu założenia jej w ten dzień. Sweterek natomiast jest jedną z rzeczy, które bardzo mi się podobają, ale nigdy ich nie noszę. Miałam go na sobie może ze dwa razy, w tym raz właśnie na wspomnianej imprezie. Czerwień plus kropeczki to śliczne zestawienie, trochę w stylu retro, podobnie jak fason, ale ciężko dopasować ciuszek do jakiegokolwiek dołu. No i rękawy o długości 3/4 w połączeniu ze sweterkowym materiałem sprawiają, że ni to sweterek, ni to bluzka (w roli sweterka mogłaś zobaczyć go w tym poście). Leży więc w szafie, zostawiany podczas kolejnych przeglądów i cierpliwie czeka na swoją kolejną szansę.
niedziela, 4 maja 2014
piątek, 25 kwietnia 2014
czwartek, 24 kwietnia 2014
Z archiwum Flickra, część LXX
Dobro powraca. Ok, wiem, że to prawda stara jak świat. Ale całkiem niedawno przekonałam się, że obowiązuje także w ciuchoświecie. Zaczęło się ponad miesiąc temu. Wykonałam cztery stylizacje dla Bigi i odebrałam swój bon na 100 złotych. Wzięłam milionpięćsetstodziewięćset rzeczy, poszłam do przymierzalni, odrzuciłam większość z nich. W koszyku wylądowały urocze żółte zasłony z Kubą (w ogóle się nie przejmuje tym, że Mąż zapytał, co z nimi zrobię, ani tym, że nie będą pasowały do naszego nowego mieszkania, bo jeszcze kiedyś będę mieć dzieciaki, a one będą miały najpiękniejszy pokój świata), retro kurteczko-marynarka, śliczna elegancka granatowo-kremowa sukienka z cieniutkiego materiału (tak, zaciągnęłam ją wieszakiem zanim w ogóle miałam okazję założyć), granatowo-kremowy nibyfartuszek, który idealnie na mnie leżał i długa letnia sukienka spełniająca wszystkie moje wymagania - świetne dopasowanie, mnóstwo kolorów, ramiączka, brak gumek, odpowiednia długość, materiał odpowiedniej grubości. Przy kasie okazało się, że bon pokrywa tylko wydatki na trzy pierwsze rzeczy. Miałam mocne postanowienie trzymania się bonu, więc z bólem serca odłożyłam dwie ostatnie sukienki. Później przeglądałam asortyment sklepu jeszcze dwa razy, nibyfartuszek był, ale długiej sukienki niestety już nie znalazłam. Straciłam więc nadzieję, że mogłabym ją kupić, a wyrzuty sumienia mieszały się z dumą z dotrzymania własnych postanowień. Przy okazji stylizacji kwietniowych znalazłam dla siebie rzeczy tylko za 50 złotych, drugi bon chciałam wykorzystać przed Świętami, szukając czegoś na wielkanocne śniadanie (do założenia oczywiście, bo na stole i tak miał być obowiązkowy żurek). Ubrałam panią manekinkę i zaczęłam rozglądać się po sklepie. Przeglądałam wieszaki z sukienkami, bo to zawsze pierwszy i najważniejszy punkt programu. Zauważyłam, że jedna z sukienek spadła z wieszaka, przyznaję, że w pierwszym odruchu chciałam ją tak zostawić, ale coś mnie tknęło. Muszę przyznać, że do pewnego stopnia czuję się odpowiedzialna za to, jak wygląda porządek w sklepie, niektórzy klienci myślą, że tam pracuję i nie chciałabym, żeby odnosili wrażenie, że nie przeszkadza mi bałagan. Poza tym dla mnie to tylko mały skłon po sukienkę i założenie jej z powrotem na wieszak, a Panie pracujące tam robią to co chwilę. Kiedy schyliłam się, zauważyłam, że coś leży na podłodze między worami z nową dostawą. Tak, zgadłaś, była to moja wymarzona sukienka. Pewnie też spadła z wieszaka i ukryła się przed wzrokiem klientek. Gdybym nie schyliła się, żeby poprawić coś, na co inni nie zwrócili uwagi, mogłabym jej już nie znaleźć. A tak trafiła do mojego koszyka wraz z piekną wiosenną wielkanocną sukienką. Nibyfartuszek też jeszcze był, jeśli wytrzyma dwa tygodnie, będzie mój!
czwartek, 17 kwietnia 2014
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)

.jpg)





























