Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tunika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tunika. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 grudnia 2014
niedziela, 7 grudnia 2014
Biga kwietniowa
Kwiecień jest dla mnie takim dziwnym miesiącem (przynajmniej w tym roku był), kiedy radość pierwszych wiosennych dni przeplata się z refleksją Wielkiego Postu. Kuszą kolorowe wesołe zestawienia, a jednak czuję, że czasem powinno się wybrać coś bardziej stonowanego, spokojniejszego i (przede wszystkim do kościoła) zakrywającego ciało. Przygotowując stylizacje kwietniowe starałam się wszystko to wziąć pod uwagę. Po raz kolejny pomagała mi Kuzynka, tylko w pierwszym tygodniu sama robiłam zdjęcia.
Pierwsza propozycja jest chyba bardziej kolorowa niż stonowana :) Po kilku marcowych stylizacjach dziewczęcych postawiłam na coś bardziej kobiecego. Niekoniecznie w moim stylu, nie tylko ze względu na spodnie i szpilki :) Ale były buty, była torebka, była biżuteria i wszystko tak fajnie złożyło się w całość kolorystyczną, że strój naprawdę mi się podoba. Nie pamiętam, czy było to wiosną, czy latem, ale stopniowo w Bidze zaczęło pojawiać się coraz więcej ciekawej biżuterii, od jakiegoś czasu nawet firmowanej przez Bigę, stale dostępnej, dzięki czemu stylizacje mogły być bardziej urozmaicone, no i można się w fajne rzeczy zaopatrzyć.
Drugi zestaw bardzo kojarzy mi się z moją Mamą. Myślę, że wszystkie te elementy mogłaby założyć (no może poza butami na obcasie, chociaż są śliczne), a i w całości taki strój jakoś mi do niej pasuje. Mnie podoba się tutaj wszystko, ale samej siebie w tym nie widzę. Przepraszam za niewyprasowane spodnie, ale takie niestety są realia - rzeczy są odkładane wcześniej do koszyka, więc mają prawo się wymiąć, a niektóre materiały są dosyć wrażliwe. Oczywiście mogłam, biorąc to pod uwagę, zrezygnować z takich elementów, ale, ponieważ były bardzo ładne i pasowały do konkretnego pomysłu, liczyłam na wyrozumiałość oglądających i oceniających. W końcu chodziło o to, aby zachęcić do zakupów, a w domu każdy może sobie ubrania poprasować :) Zarówno kolory, jak i fasony powyższych rzeczy spowodowały, że kojarzą się one ze stylem safari. Może w kwietniu jest jeszcze na to za wcześnie, ale jakoś nie mogłam się oprzeć :)
Trzeci zestaw przypadł na Wielki Tydzień, ale nie byłabym sobą, gdybym nie przemyciła odrobiny koloru. Strój jest dosyć skromny, a mimo to kobiecy. Myślę, że na uczelni czy w pracy sprawdziłby się doskonale. W poprzednich dwóch propozycjach poszalałam i zdecydowałam się na krótki rękaw, tutaj powróciłam na ziemię i połączyłam kilka warstw, bardziej adekwatnie do kwietniowej pogody.
Na Wielkanoc chciałam zaproponować coś dziewczęcego, pastelowego, wiosennego, ale jakoś bardzo mi się spodobały te neonowe buty na koturnie. Dodałam do tego jeszcze prześliczną wiklinową torebkę i wyszedł zestaw bardziej na piknik niż świąteczne śniadanie :) Jest to chyba lekki miszmasz, ale jakże uroczy.
W kwietniu, podobnie jak w marcu, zdecydowałam się przedstawić dodatkowy pomysł. Tym razem był to strój na majówkę. Pogoda chyba nie do końca idealnie do niego pasowała (klik klik), ale nie mogłam tego przewidzieć. Zestaw inspirowany był strojem, w którym kiedyś pojawiła się Anja Rubik. Mówiąc językiem użytkowniczek Allegro, zdjęcie nie oddaje jego uroku.
sobota, 6 grudnia 2014
sobota, 22 listopada 2014
Biga lutowa
Tegoroczny luty to przede wszystkim walentynki i karnawał. Ze zdjęciami pomagała mi już na stałe Kuzynka, dzięki czemu wyglądają dużo dużo fajniej. Wymyśliłyśmy też patent na oszczędzenie czasu. Ja przygotowywałam stylizacje, potem przychodziła Kuzynka, brałyśmy manekinkę w kąt i robiłyśmy zdjęcia wszystkich czterech strojów. Nie musiałam Kuzynki fatygować co tydzień, a ubrania prosto z wieszaków prezentowały się o wiele lepiej. Sama co tydzień pojawiałam się w sklepie i po prostu przebierałam manekinkę. Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że zdarzyło mi się prosić Kuzynkę o radę przy komponowaniu konkretnych zestawów. Zawsze to lepiej, gdy ktoś spojrzy na nasz pomysł bardziej obiektywnie :)
Pierwsza z moich lutowych propozycji związana była z walentynkami. Chciałam odejść od wszechobecnej czerwieni i wymyślić coś romantycznego, ale innego. Postawiłam na pastele. Miałam wiele szczęścia, bo udało mi się wyszukać sweter z perełkowym serduszkiem (chciałam go zresztą potem kupić, ale ktoś mnie ubiegł). Element ten był nie tylko romantyczny, ale także pełnił (choć w niewielkim stopniu) funkcję grzewczą. Towarzyszyła mu kremowa krótka falbaniasta spódniczka. Zestaw prosty, ale idealnie zgrany, a całości dopełniały dodatki - bladoróżowy szaliczek i srebrna torebeczka z wytłoczonymi serduszkami. Jak zapewne wiesz, lubię bawić się modą i uważam, że warto motywy takie jak walentynkowe serca wykorzystywać do maksimum. Jednocześnie dzięki pastelowym kolorom strój nie był przesadzony czy śmieszny - raczej romantycznie słodziutki :) Spódniczka była tak kusząca, że nawet ją kupiłam (za ponad 20 złotych), po czym założyłam ją RAZ! Nie to, żeby było z nią coś nie tak, ale jest dość krótka i teraz zdecydowanie za ciasna. Wzięłam ją zresztą na wyjazd do Przyjaciółki, nie mierząc wcześniej. Okazała się za krótka do rajstop, a nie miałam ze sobą żadnych legginsów. Muszę przyznać, że nie czułam się tamtego dnia zbyt komfortowo :)
Druga propozycja to coś na karnawałowe imprezy, ale również z małym akcentem walentynkowym w postaci paska. Tym razem jest błyszcząco i seksownie - dopasowane legginsy plus tunika odkrywająca jedno ramię. Ponieważ luty był miesiącem, w którym dostępne były torebki, tutaj także pojawia się mała torebeczka, mieszcząca rzeczy potrzebne na parkiecie.
Strój numer trzy, odpowiedni zarówno na imprezę, jak i na randkę (raczej nierozbieraną), tworzony był z myślą o zimnych wieczorach. Złożony właściwie z trzech warstw - taftowa sukienka, dosyć wycięta na górze, bluzka z długimi rękawami i aksamitny żakiecik - nie wydawał się ciężki. Każdy element błyszczał na swój sposób, dlatego nie myślałam już o żadnej biżuterii. Pasującej torebki nie znalazłam, a butów w lutym nie było. Przyznaję, że niektórym ta propozycja może zbytnio kojarzyć się z "Modą na sukces" czy też "Dynastią", ale sama chętnie bym ten zestaw założyła. Miałam zresztą ochotę na żakiecik, ale ostatecznie z niego zrezygnowałam.
Ostatnia stylizacja to powiew wiosny, pierwsze kwiaty i walentynkowa czerwień, którą wpuściłam dopiero na przełomie lutego i marca. Zestaw prosty, dziewczęcy - bluzka, spódniczka i sweterek. Do tego torebka, która fajnie pasowała kolorami i dodała dodatkowy wzorek. Właściwie byłaby też idealna do mojego stroju :)
Muszę przyznać, że z moich lutowych propozycji jestem bardzo zadowolona. Ubrania, które były dostępne, naprawdę mi się podobały, układały się w fajne zestawy. Pierwszą, trzecią i czwartą propozycję z chęcią nosiłabym sama, druga nie jest do końca w moim stylu, takie odkryte ramiona, szczególnie w zimie, to niekoniecznie moja bajka, ale paseczek bym przygarnęła :)
wtorek, 4 listopada 2014
piątek, 24 października 2014
Biga grudniowa
Sama już nie pamiętam, w jaki sposób dowiedziałam się o konkursie "Zostań stylistką Biga". Było to jednak zdarzenie w jakimś sensie przełomowe, ponieważ zapewniło mi ciekawą przygodę na cały rok. Udało mi się zostać stylistką we wszystkich czterech edycjach, niestety w żadnej z nich nie zostałam laureatką (przynajmniej w trzech dotychczasowych, a teraz chyba też na wiele nie liczę). Chyba przy pierwszej miałam największe nadzieje na wypad do spa, a jednocześnie nie zdziwiło mnie zupełnie, że zwyciężyła Ewa, autorka bloga Stand Up Fashion. Zarówno jej stylizacje, jak i zdjęcia stały na wysokim poziomie. Później nie liczyłam na wygraną, ale też nie do końca zgadzałam się z decyzjami jurorów. Zresztą ciężko było mi zorientować się w tym, jak wyglądały stylizacje poszczególnych uczestniczek. Czwarta edycja owiana jest mgiełką tajemnicy - propozycje stylistek nie są już przedstawiane na fanpage'u Bigi, zatem wyniki będą zupełną niespodzianką. Ale wróćmy do początków. Opublikowałam post, wysłałam zgłoszenie i z niecierpliwością czekałam na ogłoszenie zwyciężczyń. Wiadomość, która do mnie dotarła, powitałam wielką radością, może nie był to sukces na miarę Nobla, ale dla mnie był to krok w stronę zajmowania się tym, co lubię, w ogóle zajmowania się czymś poza domem, no i liczyłam na dobrą zabawę. Ponieważ regulamin konkursu nie był do końca jasny, a dokładniej nie opisywał w żaden sposób szczegółów naszego zadania, wielokrotnie się stresowałam (co jest zresztą dla mnie typowe), teraz podchodzę już do tego na luzie. Niektóre wspomnienia zacierają się już w mojej pamięci, ale postaram się w kolejnych postach przedstawiać stylizacje z poszczególnych miesięcy, pisać o swoich pomysłach, inspiracjach i wykonaniu. Generalnie zadaniem konkursowym było stworzenie 12 stylizacji (po 4 stylizacje na miesiąc, każda edycja trwała 3 miesiące) z ubrań i dodatków dostępnych w danym momencie w sklepie. Co istotne, wszystkie cztery stylizacje należało stworzyć w pierwszym tygodniu miesiąca. Stanowiło to nie lada wyzwanie, ponieważ w sklepach Biga towar dokładany jest codziennie, ale asortyment taki jak torebki czy buty pojawia się raz na jakiś czas w formie tzw. wystawek. Ubrania dostosowane są do aktualnej pory roku bądź sezonu (stąd obecność na przykład odzieży karnawałowej). Ja miałam i mam niestety tego pecha, że wystawki butów i torebek w sklepie, dla którego przygotowuję stylizacje, zdarzają się rzadko, mniej więcej raz na miesiąc (być może tak jest też w innych sklepach, tego nie wiem). Towar niesprzedany w przeciagu kilku dni jest po prostu ze sklepu zabierany, więc, jeżeli nie trafiłam na odpowiednią wystawkę przy tworzeniu stylizacji, mogłam tylko pomarzyć o zaprezentowaniu całego stroju.
Podobnie zresztą wyglądała sytuacja z dodatkami, ale od jakiegoś
czasu to się zmieniło i teraz codziennie dostępne są naprawdę
fajne rzeczy. Trochę minęło, zanim jedna z pań pracujących w
sklepie powiedziała mi, że mogę przecież dobrać sobie coś do
stylizacji w tym tygodniu, kiedy ma ona pojawić się na manekinie.
Poszłam też po rozum do głowy i po prostu widząc dostawę butów
czy torebek, wybierałam te elementy, które mogą mi pasować do
kolejnych strojów i odkładałam je na później. Niestety nie
zawsze zdawało to egzamin, czasem wystawki są od siebie tak odległe
w czasie, że i tak zostawałam bez żadnych dodatków. Doskonale
rozumiem ideę sklepów z odzieżą używaną, zdaję sobie sprawę z
tego, że rzeczy w nich dostępne są zazwyczaj pojedynczymi
egzemplarzami, trudno, żeby powtarzały się w różnych filiach
danej sieci, akceptuję też fakt, że nowy towar pojawia się w
różnych oddziałach w odmiennych terminach i po prostu muszę
korzystać z tego, co jest dostępne (wspominałam zresztą, że nie
wiem, czy sytuacja wygląda w sklepach tak samo). Wydaje mi się
jednak, że jest coś, co mogłoby wpłynąć na wyrównanie szans
wszystkich uczestniczek – identyczne manekiny. Manekinka, którą
mam do dyspozycji, pozbawiona jest niestety zarówno głowy, jak i
kończyn, co uniemożliwia mi wykorzystanie różnych dodatków,
takich jak opaski, ozdoby do uszu, bransoletki czy rajstopy. Utrudnia
też korzystanie z kapeluszy bądź spodni, których nie da się
założyć, można je jedynie przypiąć do korpusu. Nie sądzę, aby był to czynnik decydujący, ale jednak zauważyłam, że niektóre z dziewczyn mogą ubierać manekina, będącego wierniejszym odzwierciedleniem człowieka :) To chyba wszystko, jeżeli chodzi o moje generalne przemyślenia na temat konkursu, możemy zatem powrócić do grudniowych stylizacji.
Sklep, z którym współpracuję, jest naprawdę ogromny. Nie korzystałam nigdy przy tworzeniu stylizacji z odzieży na wagę (przy pierwszej wizycie zostałam skierowana do działu z rzeczami wycenionymi i zawsze znajdowałam tam tyle elementów, że nawet nie miałam potrzeby dowiadywania się, czy z drugiej części też mogę korzystać), a całe przygotowanie strojów zajmuje mi zwykle jakieś 3 godziny (wybór ubrań i dodatków, zestawienie poszczególnych elementów, ubranie manekinki w pierwszy strój i zdjęcia). Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w sklepie, byłam pod wielkim wrażeniem dostępnych tam ubrań, chociaż muszę przyznać, że ceny na wycenie są raczej wysokie. Początkowo nie mogłam się odnaleźć i co chwilę patrzyłam na metkę, zapominając, że w tym przypadku cena nie gra roli. Sprawdzałam też nieustannie, czy to mój rozmiar, chociaż to również (przynajmniej pozornie) nie miało żadnego znaczenia. Wreszcie starałam się wybierać rzeczy w rozmiarze mniej więcej S/M, co okazało się problemem, gdy wyszło na jaw, że manekinka jest tak naprawdę z wymiarów dosyć podobna do mnie (wtedy była :)). Przy drugim podejściu było już lepiej i od stycznia zaczęłam skupiać się na rzeczach w rozmiarze L. Nie powiem, żeby bycie w rozmiarze manekina nie było pokrzepiające :) Ale tak naprawdę, zanim w ogóle wybrałam się do sklepu, przejrzałam magazyny, powtórzyłam sobie trendy i przemyślałam, jakie mniej więcej stylizacje chcę stworzyć i czego będę na wieszakach szukać. Początkowo wydawało mi się zresztą, że zostaną nam narzucone jakieś tematy przewodnie, co pewnie dawałoby możliwość bardziej obiektywnej oceny i stanowiłoby większe wyzwanie. Zwłaszcza, że po jakimś czasie sama widziałam, że tworzę ciągle to samo, z coraz to różnych ubrań przygotowuję zestawy, które po prostu są w moim stylu. Podejrzewam, że większość dziewczyn mogła poczuć to samo, a narzucony temat przewodni zmusiłby do wyjścia trochę poza własne ramy. Na pierwszy miesiąc postanowiłam przygotować jeden zestaw kojarzący się jeszcze z jesienią, coś ciepłego i kolorowego, jeden zimowy z jakimś kożuszkiem czy sweterkiem, jeden świąteczny i jeden sylwestrowy. W grudniu wymyślenie okazji jest zresztą dosyć proste. Przygotowane przez siebie stylizacje powiesiłam na wieszakach i zostawiłam w sklepie, rozumiejąc regulamin i instrukcje, które otrzymałam, w ten sposób, że ja przygotowuję, natomiast panie pracujące w sklepie co tydzień zmieniają strój na manekinie. Zastanawiałam sie trochę, w jaki sposób efekty mojej pracy będą oceniane, jak dowie się o nich centrala firmy, ale pomyślałam, że być może dostaną ze sklepu zdjęcia albo ktoś będzie przyjeżdżał i oglądał. Ku mojemu zdziwieniu, na fanpage'u zaczęły pojawiać się kolejne stylizacje z innych sklepów, w drugim tygodniu pojawiła się również moja. Nie wiem do końca, z czego to wynika, ale grudzień nie dał mi zbyt wiele satysfakcji, wymyśliłam stylizacje, które uważałam za naprawdę dobre, ciekawe, niestety na zdjęciach (a nawet już na manekinach) nie prezentowały się najlepiej. Nie uważam się za geniusza fotografii, nie mam nawet aparatu fotograficznego, większość późniejszych zdjęć robiłam swoim kiepskim telefonem, ale miałam wrażenie, że nikt nie przyłożył się do zrobienia dobrych zdjęć, nie zostałam też poinformowana o tym, że mogę zrobić zdjęcia sama i przesłać je do organizatorów, a nawet o tym, że mogę przychodzić co tydzień i własnoręcznie ubierać manekinkę - może nie zrobię tego lepiej, ale przynajmniej będę miała pewność, że zrobiłam to tak, jak chcę. Sytuacja została wyjaśniona dopiero w styczniu i od tego momentu wiele się zmieniło, ale o tym następnym razem. Pora na zdjęcia.
Zaczynamy od stylizacji numer dwa, ponieważ zdjęcie pierwszej nigdy nie ukazało się na fanpage'u, ja też nigdy go nie otrzymałam. Mam nadzieję, że chociaż na manekinie stylizacja wystąpiła, bo była naprawdę fajna. Kiedy zobaczyłam powyższe zdjęcie, miałam ochotę się rozpłakać. Wymyśliłam to wszytko trochę inaczej i tak też pozostawiłam na wieszaku. Piękna cieniutka sukienka miała długie rękawy, których mankiety miały wystawać spod wełnianego sweterka - tutaj nawet nie możemy stwierdzić, czy ten sweterek tam jest. Na to miała być narzucona kożuszkowa kamizelka. Strój złożony z trzech elementów miały dopełniać trzy splecione szaliki - cieniutki biały koronkowy, wełniany beżowy i pomponiasty - owinięte wokół szyi (tak, tak, nie wokół kolan). Nie posądzam nikogo o złe intencje, zdaję sobie sprawę z tego, że trudno jest odczytać i odtworzyć czyjś pomysł, że tak wiele rzeczy umieszczonych na jednym wieszaku może jakoś się przemieścić, zwłaszcza, jeśli obok są jeszcze inne trzy wieszaki. Ale wydaje mi się, że gołym okiem widać, iż miało być inaczej i po prostu nie wygląda to dobrze w takim stanie.
Stylizacja numer trzy i tylko trzy elementy. Piękna sukienka przypominająca mi jedną z moich świątecznych sukienek, niestety malutki rozmiar, kapotka świętego Mikołaja znaleziona w dziale karnawałowym i pasek, który miał to wszytko objąć, dodać zestawowi kobiecości i lekkości. Dla niektórych po prostu stylizacja, której nikt nie bierze na serio, dla mnie wymarzony strój na święta. Tak, serio, mogłabym tak się ubrać.
Ostatnia stylizacja stworzona z myślą o sylwestrowych szaleństwach. Czy tak bym się ubrała? Hmm, pewnie nie, ale to miał być pewien pomysł, propozycja, a mnie sylwester właśnie z błyskiem kojarzy się najbardziej. Pojawiły się zarzuty, że zbyt wiele jest srebrnego. Na co dzień pewnie tak, ale są przecież okazje, kiedy nie musimy traktować wszystkiego tak bardzo serio. Od samego początku zastanawia mnie obecność w tym zestawie złotego naszyjnika - planując strój całkowicie srebrny, na pewno go tam nie dołączyłam. No i wygląda na to, że na prawdziwej osobie lub innym manekinie strój prezentowałby się lepiej - tutaj legginsy wiszą smętnie zamiast podkreślać zgrabne nogi, fajna tunika staje się babciną bluzką, a kopertówka musi być przypięta do paska, bo brakuje rąk (mimo wszystko powinna być przypięta przodem).
Tyle napisałam, że nie wiem, czy dam radę jutro powrócić ze styczniowymi stylizacjami, ale spodziewaj się ich w najbliższym czasie.
Etykiety:
biga styl
,
błyszcząco
,
boże narodzenie
,
impreza
,
legginsy
,
naszyjnik
,
pasek
,
rodzinny obiad
,
spotkanie ze znajomymi
,
sukienka
,
szalik
,
szmateks
,
tunika
,
w domu
,
zima
wtorek, 21 października 2014
czwartek, 16 października 2014
Z archiwum Flickra, część CLVIII
Etykiety:
jesień
,
kolorowo
,
paski
,
praca w szkole
,
rajstopy
,
szmateks
,
torba
,
tunika
,
wardrobe remix
poniedziałek, 1 września 2014
niedziela, 29 czerwca 2014
niedziela, 1 czerwca 2014
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
wtorek, 28 stycznia 2014
czwartek, 19 grudnia 2013
Z archiwum Flickra, część XVI
Kochana Czytelniczko, zdaję sobie sprawę z faktu, że ostatnio tylko zdjęcia archiwalne. Z nimi jakoś szybciej mi idzie, bo są już przygotowane do publicznego pokazania. Ale nowe są i będą, na blogu również, może już niedługo, na przykład w przyszłym roku. Bo teraz to serniki, makowce, ciasteczka takie i owakie, pierniki, inne ciasta same się nie upieką :)
Chciałam jeszcze tylko wspomnieć, że statystyki wskazują na 80% frekwencję sukienek, tunik i spódnic, więc nie jest źle i czasem można zostawić miejsce dla spodni ;)
piątek, 29 listopada 2013
Pakowanie to wyzwanie
Uwielbiam wycieczki. Właśnie raczej wycieczki niż podróże, bo długotrwałych wyjazdów nie lubię. Chyba rację ma mój Mąż, który twierdzi, że wolę mieć więcej czegoś niż coś lepszego, wybieram raczej ilość niż jakość. Co prawda, miał chyba na myśli lakiery do paznokci, ale właściwie pasuje mi to do wielu elementów mojego życia. Do ciuchów też. I do wycieczek. Lubię takie jednodniowe, które pozwalają trochę się oderwać, o weekendowych marzę, chociaż zdarzają się rzadko, a prawdziwą przyjemnością są te kilkudniowe czy nawet tygodniowe, z nimi mam do czynienia najwyżej raz na rok i zawsze warto na nie czekać. Na dłuższe nie jeżdżę i chyba sobie tego nawet nie wyobrażam. Teraz czekam już na koniec roku, który spędzimy u Siostry Męża w Anglii, i na luty. Dzięki temu, że udało mi się upolować bilety za złotówkę na Polski Bus, odwiedzę Przyjaciółkę i jeszcze wyskoczymy z Mężem na weekend do Wrocławia.
I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie pakowanie - nieodłączna część wyjazdów, przeze mnie chyba znienawidzona. Piszę "chyba", bo ostatnio odczucia mam nieco łagodniejsze, może dlatego, że pakuję się rzadko, może też dlatego, że od roku jestem szczęśliwą posiadaczką pralki, a od dwóch lat mamy samochód. Wcześniej nie było zbyt kolorowo. Przez 6 lat mniej więcej co dwa tygodnie odbywałam piątkową podróż do Rodziców z wielkim plecakiem, w którym musiałam umieścić stertę prania (poza ubraniami oczywiście również pościel czy ręczniki), a w sezonie zimowym miała ona często większą objętość niż sam plecak, no i jeszcze zmieścić coś, co chciałabym założyć przez weekend. Na początku studiów zainteresowałam się szafiarstwem i, chociaż nie założyłam wtedy bloga, regularnie zamieszczałam swoje zdjęcia w grupie Wardrobe Remix na Flickrze (dzięki czemu teraz mam co wrzucać tutaj :)), więc zależało mi na tym, żeby nie nosić kilka dni z rzędu tych samych rzeczy. Ponadto, założyłam sobie "Pomysłową książkę", zeszycik, w którym notowałam inspiracje i gotowe kombinacje moich ciuchów, ot tak, na czarną godzinę. W zwyczajne dni bardzo mi ona pomagała, nie ubierałam się ciągle tak samo, nosiłam większą część swojej garderoby, nic się nie marnowało. Z czasem jednak okazała się ona problemem przy wyjazdach. Najpierw godzinami ją przeglądałam (pomysły mnożyły się niekiedy w zastraszającym tempie), potem wybierałam kilka strojów, oczywiście każdy składał się z zupełnie różnych elementów (tak, tak, buty i torebki też miały być inne), wreszcie musiałam umieścić to w plecaku (pomijam etap, kiedy okazywało się, że coś, co chcę założyć, jest w praniu, ten ból zna każda z nas :)) Potem tylko dotoczenie się do pociągu, znalezienie cudem miejsca siedzącego lub chociażby stojącego komfortowo (jazda pociągiem na święta - uwielbiam!), no i dozgonna wdzięczność dla mojego Męża (często też Taty) - nie zawsze byłam w stanie naprawdę nieść swój bagaż :)
Potem zrezygnowałam z Wardrobe Remix (w sumie chyba samo się zrezygnowało, nie do końca wiem, czemu tak się stało), więc nie potrzebowałam aż tylu rzeczy na każdy wyjazd. Ironia losu, mniej więcej w tym samym czasie dostaliśmy do dyspozycji samochód. Mogłam więc spokojnie przewozić tyle ciuchów, ile chciałam, tylko jakoś już nie chciałam. Na szczęście zawsze oprócz koniecznej dawki rzeczy do prania, trzeba było przewieźć puste słoiki, skrzynki, plastikowe pojemniki z jedzenia, czasem sezonową odzież bądź bańki choinkowe, jakieś prezenty, pustą walizkę... Nasz samochód nigdy nie był pusty. Tak, w drodze powrotnej też nie, wieźliśmy bigosy, pierogi, rosoły, a wiesz, co dwie Mamy to nie jedna :)
Wreszcie zaczęła się dla mnie nowa epoka - rok temu dostaliśmy pralkę. Wydawałoby się, taka zwykła rzecz, stary wynalazek, obowiązkowy w każdym domu, ale dla mnie (przy okazji wczorajszego amerykańskiego święta :)) jest to coś, za co jestem bardzo wdzięczna. Ułatwia i życie, i podróże. Wiem, co mam, wiem, gdzie to mam - uwielbiałam ten moment, gdy okazywało się, że coś, co chciałam założyć, zostało u Rodziców :( No i nie muszę wozić ze sobą miliona niepotrzebnych rzeczy. Teraz moim ideałem, a zarazem wyzwaniem jest zmieszczenie swego bagażu w torbie z Primarka, takiej która była modna kilka lat temu i wydaje się idealna na weekendowy wyjazd. Zazwyczaj się udaje! Znalazłam też złoty środek - do "Pomysłowej książki" sięgam, ale przede wszystkim w kwestiach strojów na specjalne okazje, które kompletuję w całości, na pozostałe dni biorę po prostu kilka pasujących do siebie rzeczy, z których można skomponować różne stroje. No i staram się brać tylko tyle butów i torebek, ile naprawdę koniecznie muszę mieć. Przyznaję, zaczęłam się malować, więc coraz więcej w bagażu kosmetyków. Ale do auta zawsze można wrzucić jedną czy dwie nadprogramowe rzeczy.
Pakowania jednak ciągle nie lubię i chyba nigdy nie polubię. Nie wyobrażam sobie, jak można się spakować, kiedy ma się dzieci. Ba, nie wyobrażam sobie nawet, jak spakuję się na dwutygodniowy wyjazd pod koniec grudnia, różne okazje, zima, różne środki transportu i limit bagażu, konflikt uwielbienia dla sukienek i wygody, no i konieczność zrobienia zdjęć na bloga. Jestem przerażona. Tak - pakowanie to wyzwanie!!!
Etykiety:
błyszcząco
,
botki
,
jesień
,
kolorowo
,
legginsy
,
paski
,
płaszcz
,
prezent
,
spacer
,
szmateks
,
torba
,
tunika
,
turystycznie
,
wokół szafy
,
wzorki
czwartek, 24 października 2013
Spod chmury kapelusza
Z życia wzięte. Wczoraj mój Mąż został magistrem. Czekaliśmy na to wydarzenie bardzo długo. Dla mnie jest to oczywiście okazja, którą należałoby uczcić, Mąż w ogóle zwolennikiem świętowania nie jest. Niechcący wyszło na moje. Postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Już dawno wymyśliłam sobie strój, pozostało tylko liczyć na odpowiednią pogodę, no i na to, że w wybraną sukienkę się zmieszczę. Sukienka, jak podejrzewałam, mogła się Mężowi spodobać. Kupiłam ją niedawno i na tę właśnie okazję zachowałam. Chciałam też założyć bolerko Mężowi znane i podobające się. Obie rzeczy granatowe w białe groszki, taka ze mnie Magda M. :) Do tego granatowe rajstopy (liczyłam na to, że nie znajdują się właśnie wśród rzeczy do prania) i granatowe buty na znośnym obcasie. I cóż się okazuje? Pogoda piękna, idealna, wręcz gorąco, z rajstop mogłabym zrezygnować, ale lepiej nie, bo nie wiadomo, o której wrócimy. Sukienka leży idealnie, jak na mnie szyta, zdecydowanie dobry zakup. I chyba faktycznie się spodoba. Rajstopy są, buty wygodne. Do tego delikatna biżuteria, żadnych opasek, bo Mąż nie lubi i chyba wstyd mu pokazać się ze mną w opasce. Perfumy od niego, makijaż na miarę moich możliwości, ale chyba dosyć udany, wyglądałam jak człowiek :) Po drodze okazało się, że tusz do rzęs się skończył, zapasowy wysechł w oczekiwaniu na użycie, na szczęście znalazł się jakiś trzeci. Byłam gotowa. Jeszcze tylko płaszcz do ręki, książka do torebki i kapelusz na głowę. No dobra, z tym kapeluszem pewnie przegięłam, ale co tam. Pasuje? Pasuje! Wychodzę. Poradziłam sobie nawet z komunikacją miejską, z której generalnie nie korzystam, nie było żadnych opóźnień. Poczekałam sobie pod Męża biurem 40 minut, ale niespodzianka się udała. Poszliśmy na obiad/kolację. Coś tam usłyszałam, że sukienka ładna, że bolerko ok. No wiem, właśnie dlatego je wybrałam, ale w końcu mojej zasługi w tym, że ładne, żadnej nie ma. Wracamy do domu. Aż się wierzyć nie chce, ale jedyne, co usłyszałam na temat mojego wyglądu (czy właściwie całości mnie), to że śmierdzą mi włosy. No wiecie, nie wprost, tylko, że taki krakowski zapach. Czyli smród z tych wszystkich pieców, który uwielbia osiadać na włosach i ciuchach. Fakt, nie pachniały najpiękniej. Ale naprawdę? Tylko tyle?
Z uwagi na okoliczności, zdjęć oczywiście żadnych nie ma. A żałujcie :) Na pocieszenie strój z soboty.
wtorek, 19 lutego 2013
Post pierwszy, przekorny
Dlaczego przekorny?
Po pierwsze, zdjęcia (co widać) przedstawiają strój niezupełnie zimowy, a raczej w pełni jesienny. Wykonane zostały w ciepły październikowy dzień i, jeżeli dobrze pamiętam, było mi w nim nieco za gorąco. Postanowiłam jednak, że będzie to pierwszy strój na blogu i tego się trzymam.
Po drugie, strój ten nie zawiera (po raz kolejny - jak widać) sukienki, wbrew zapowiedziom zawartym w nazwie bloga. Był to jeden z nielicznych momentów, kiedy miałam na sobie coś na kształt spodni, więc warto było fakt ten uwiecznić. Podejrzewam, że ci, którzy spodziewają się znaleźć tu więcej tego typu ubrań, mogą się rozczarować.
Po kolejne, nie należę do osób ubierających się modnie, co może kłócić się z ideą bloga na temat ciuchów. Kiedy jednak oglądam powyższe (i poniższe) zdjęcia dostrzegam w nich inspirację militarnym glamourem. Ta kurtka, te błyszczące buty i legginsy. Skojarzenia może odległe, ale przynajmniej raz nie minęłam się z trendami o miliony lat świetlnych. Niekoniecznie modne, ale na pewno w moim stylu są za to kokardkowa opaska (mam ich mnóstwo i noszę na okrągło) oraz tunika w kwiatki (w tej spędziłam połowę jesieni, była jednym z moich najlepszych łupów szmateksowych ubiegłego roku). Broszka to prezent od kuzynki, idealnie pasowała do mojego dawnego płaszcza zimowego, niestety w tym roku mam już inny i drobiazg leży w szkatułce.
Jeżeli pojawi się tu jakikolwiek inny post, będzie to przekora również wobec mnie samej. Mam jednak nadzieję, że blog będzie kontynuowany!
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)









.jpg)











.jpg)







