Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2014

Biga kwietniowa

Kwiecień jest dla mnie takim dziwnym miesiącem (przynajmniej w tym roku był), kiedy radość pierwszych wiosennych dni przeplata się z refleksją Wielkiego Postu. Kuszą kolorowe wesołe zestawienia, a jednak czuję, że czasem powinno się wybrać coś bardziej stonowanego, spokojniejszego i (przede wszystkim do kościoła) zakrywającego ciało. Przygotowując stylizacje kwietniowe starałam się wszystko to wziąć pod uwagę. Po raz kolejny pomagała mi Kuzynka, tylko w pierwszym tygodniu sama robiłam zdjęcia.




Pierwsza propozycja jest chyba bardziej kolorowa niż stonowana :) Po kilku marcowych stylizacjach dziewczęcych postawiłam na coś bardziej kobiecego. Niekoniecznie w moim stylu, nie tylko ze względu na spodnie i szpilki :) Ale były buty, była torebka, była biżuteria i wszystko tak fajnie złożyło się w całość kolorystyczną, że strój naprawdę mi się podoba.  Nie pamiętam, czy było to wiosną, czy latem, ale stopniowo w Bidze zaczęło pojawiać się coraz więcej ciekawej biżuterii, od jakiegoś czasu nawet firmowanej przez Bigę, stale dostępnej, dzięki czemu stylizacje mogły być bardziej urozmaicone, no i można się w fajne rzeczy zaopatrzyć. 




Drugi zestaw bardzo kojarzy mi się z moją Mamą. Myślę, że wszystkie te elementy mogłaby założyć (no może poza butami na obcasie, chociaż są śliczne), a i w całości taki strój jakoś mi do niej pasuje. Mnie podoba się tutaj wszystko, ale samej siebie w tym nie widzę. Przepraszam za niewyprasowane spodnie, ale takie niestety są realia - rzeczy są odkładane wcześniej do koszyka, więc mają prawo się wymiąć, a niektóre materiały są dosyć wrażliwe. Oczywiście mogłam, biorąc to pod uwagę, zrezygnować z takich elementów, ale, ponieważ były bardzo ładne i pasowały do konkretnego pomysłu, liczyłam na wyrozumiałość oglądających i oceniających. W końcu chodziło o to, aby zachęcić do zakupów, a w domu każdy może sobie ubrania poprasować :) Zarówno kolory, jak i fasony powyższych rzeczy spowodowały, że kojarzą się one ze stylem safari. Może w kwietniu jest jeszcze na to za wcześnie, ale jakoś nie mogłam się oprzeć :)






Trzeci zestaw przypadł na Wielki Tydzień, ale nie byłabym sobą, gdybym nie przemyciła odrobiny koloru. Strój jest dosyć skromny, a mimo to kobiecy. Myślę, że na uczelni czy w pracy sprawdziłby się doskonale. W poprzednich dwóch propozycjach poszalałam i zdecydowałam się na krótki rękaw, tutaj powróciłam na ziemię i połączyłam kilka warstw, bardziej adekwatnie do kwietniowej pogody.







Na Wielkanoc chciałam zaproponować coś dziewczęcego, pastelowego, wiosennego, ale jakoś bardzo mi się spodobały te neonowe buty na koturnie. Dodałam do tego jeszcze prześliczną wiklinową torebkę i wyszedł zestaw bardziej na piknik niż świąteczne śniadanie :) Jest to chyba lekki miszmasz, ale jakże uroczy.




W kwietniu, podobnie jak w marcu, zdecydowałam się przedstawić dodatkowy pomysł. Tym razem był to strój na majówkę. Pogoda chyba nie do końca idealnie do niego pasowała (klik klik), ale nie mogłam tego przewidzieć. Zestaw inspirowany był strojem, w którym kiedyś pojawiła się Anja Rubik. Mówiąc językiem użytkowniczek Allegro, zdjęcie nie oddaje jego uroku.

wtorek, 11 listopada 2014

Madika i Berbeć. Część VII

Dzisiejszy post mógłby właściwie nosić tytuł "Z darów". Mąż zauważył też lekkie zabarwienie pornograficzne - wszechobecna (wcale nie, mam też panterkową torebkę, bluzę i coś jeszcze, co widziałam wczoraj, ale dziś już nie pamiętam, co to było) panterka, marka sukienki, no i ta marchewka :) Brak natomiast tak oczywistego dzisiaj zabarwienia patriotycznego (zainteresowaną tego typu strojami odesłać mogę tu i tu, i tu). Tymczasem znowu Berbeć.





Komin dostałam od Mamy mojego Męża we wrześniu (razem ze wspomnianym tutaj swetrem, który zdecydowanie ma guziki, a nie kołeczki), ale jakoś chciałam założyć go właśnie w takim zestawieniu z sukienką i opaską, a na sukienkę było do tej pory za ciepło. Pomyślałam sobie, że Wszystkich Świętych to idealny moment na ten strój. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że skoro Wszystkich Świętych, to i ja tak na bogato. Grubość sukienki i rajstop pewnie też miała w tym swój udział, chociaż po raz kolejny okazało się, że jednak istnieje globalne ocieplenie i 1 listopada z zimnem kojarzy się zupełnie nie wiadomo czemu. No dobra, przyznaję, że, kiedy na wiejskim cmentarzu szukaliśmy pewnego grobu przez 20 minut, zrobiło się lodowato, ale to może być wpływ miejsca i tego, że wyłączyli latarnie. Dzisiaj sobie pomyślałam, że właściwie może niepotrzebnie martwię się tym, co będę nosić, gdy będzie zimno (przypominam, że ja po prostu tak mam, że się martwię, zwłaszcza przeszłością i przyszłością, i całkiem nierealnymi rzeczami). W końcu dopiero co narzekałam, że, kiedy już zaopatrzyłam się w odpowiednią ilość ciepłych swetrów, miałam fajne płaszcze, kozaki, czapki, szaliki i rękawiczki, zimy w sumie nie było. Zimy stulecia na razie jakoś też nie ma i jak tak dalej pójdzie, to nawet nie wyjdę poza ubrania jesienne, bo w lutym to ja raczej zbytnio wychodzić z domu nie zamierzam. A na zimę marcową i kwietniową mam to, co miałam w zeszłym roku. Póki co jednak wszyscy zaangażowali się w ubranie mnie na zimę - Babcia podała dla mnie dwa płaszcze, Mama Męża wyposażyła mnie w różnego rodzaju swetro-narzutki. W ogóle zauważam, że teraz wiele osób chętnie obdarowuje mnie ubraniami, które są na nie za duże. Chyba łatwiej jest powiedzieć, że TERAZ będzie to na mnie dobre niż przyznać wprost, że byłoby dobre i wcześniej, bo jestem większa. Ale za fajne ciuchy nigdy się nie obrażam i chętnie korzystam :) Mama pożyczyła mi też super tunikę, o której marzyłam od kiedy spodziewam się Berbecia. Kupiłyśmy ją razem, ale na mnie była za duża i wiedziałam, że nadejdzie ten moment, kiedy będzie dobra. Obawiam się, że, chociaż pasuje, ten idealny moment przeminął już dawno, mniej więcej wtedy, gdy musiałam kupić o rozmiar większy stanik. Ale mam na nią dwa pomysły i muszę szybko znaleźć odpowiednie okazje. A Mama chyba i tak jej nie nosi, chociaż powinna! 






Wracając do tematów zimowych, za mój ostatni bon (chlip chlip) w Bidze kupiłam dwa kolejne swetry, z których jeden jest przefajny, a drugi po prostu idealny. Pierwszy jest czerwony i ma masę serduszek, i wystarczającą długość, żeby nosić go z legginsami. Drugi  naprawdę nie mógłby być lepszy. Ma kaptur (od kiedy to jest dla mnie zaletą?) wykończony futrem (a to?) (no dobra, odrobinkę za duży), zapinany jest na kołeczki, kolor to taki brudny beż, firma wygląda na amerykańską, co bardzo dodaje mu stylu, ma też kieszenie, jest długi i na tyle duży, że mogę się w nim bez problemu zapiąć, a w przyszłym roku będzie po prostu superotulający. Chyba w obliczu aktualnych temperatur powinnam przystopować z tymi swetrami, bo nigdy nie zdążę ich założyć, a i szafa nie jest z gumy. Wybrałam też bordową seksowną koszulę, którą chyba wykorzystałam w jakiejś stylizacji, ale nie mogę jej sobie przypomnieć, i świetny skórzany mikrożakiecik, teraz się w nim nie dopinam, ale na przyszłość będzie ok. 






Berbeciowi też parę rzeczy wpadło i powinien się ucieszyć, zwłaszcza jeżeli jest dziewczynką. 






Wdzianko jest szczególnie urocze, zwłaszcza podszewka w ślimaki z domkami na grzbiecie.

piątek, 16 maja 2014

Rzymski legionista

Tak określił mój strój Mąż. A ja chciałam po prostu wyglądać odświętnie, bo okazja była nie byle jaka - koncert kolęd. Moje marzenie o koncercie kolęd spełniło się zresztą w tym roku aż trzy razy, za każdym razem w innej odsłonie - był występ zespołu regionalnego, koncert organowy i wreszcie koncert chórów. Pierwszy dał możliwość pośpiewania (ja tylko cichutko :)), drugi poszerzył moją muzyczną wiedzę (no dobra, i tak wszystko zapomniałam), trzeci był po prostu przepiękny, ale wszystkie pozostawiły niedosyt. Na szczęście do Świąt już niedaleko :)




Na tę wyjątkową okazję wybrałam urodzinową sukienkę. Zadebiutował kołnierz kupiony w szmateksie za 7 złotych. O czymś takim marzyłam od dawna, ale ceny raczej odstraszały. Moja cierpliwość została jednak wynagrodzona z nawiązką :) (W szmateksie spełniłam zresztą większość moich odzieżowych marzeń, ostatnio w Bidze kupiłam sukienkę i bluzkę, które od jakiegoś czasu znajdowały się na mojej liście z inspiracjami.) O dziwo, kołnierz spodobał się od razu mojej Mamie, chociaż gust mamy raczej różny. Niestety nie mam na ten dodatek żadnego pomysłu poza połączeniem z tą właśnie sukienką - zestaw powtórzyłam na Wielkanoc, dodając miodową bluzkę z rozkloszowanymi rękawami, złote bożonarodzeniowe szpilki i żółte rajstopy. Hmm, właściwie pomysły mam, tylko elementów brakuje. Myślę, że wyglądałby świetnie z białą lub czerwoną górą/sukienką, zamierzam też wypróbować połączenie z dżinsową koszulą. A może granat? Sama nie wiem.





czwartek, 15 maja 2014

Majowa jutrzenka

Jakoś nie mamy w zwyczaju wyjazdów na tzw. długi weekend majowy. Początek maja był zwykle czasem wytężonej pracy, a wzmożony ruch turystyczny też nie zachęcał do podóży. W końcu postanowiłam, że trzeba korzystać z wiosny, wolnych dni, możliwości wyjazdu i po prostu wyjechać. Najlepiej daleko, daleko za miasto. Wybraliśmy Jaworzynkę - wieś, w której spędziłam pierwsze lata życia, a którą ostatnio odwiedzałam ponad dziesięć lat temu. Właściwie nie tak wiele się tam zmieniło, chociaż skurczyła się bardzo. Szkoła, w której pracował mój Tata, była przecież tak daleko, a teraz prawie widziałabym ją z domu. Do granic wsi z pewnością nie dało się wcześniej dotrzeć pieszo. Ba, nawet krańce ogrodu były tak strasznie odległe, że kiedy rodzice siedzieli przy ognisku, a ja musiałam pójść do domu, robiło się przerażająco. I chociaż do hotelu, który mieści się na drugim końcu wsi, dotarliśmy spacerkiem, przy najbliższej okazji zapytam Mamę, w jaki sposób dostawała się tam do pracy, bo zupełnie tego nie pamiętam. 




Pogoda dopisała nam tylko pierwszego dnia, więc tak naprawdę zamiast trencza i loafersów powinnam mieć na sobie zimowy płaszcz i kozaki. Rękawiczki na szczęście miałam.




Ideę stroju przedstawiłam już tutaj.


czwartek, 8 maja 2014

Odbiła mi palma

Początkowo planowałam po prostu kupić trochę różnych kwiatów, jakieś bazie czy gałązki i przy użyciu wstążek stworzyć własną palmę. Doskonale wiem o tym, że jestem zupełnie pozbawiona talentu plastycznego (podobnie jak wszystkich talentów artystycznych albo i wszystkich talentów w ogóle), ale mój amatorski twór uważałam za coś lepszego niż jedna z tysięcy palm wyprodukowanych gdzieś tam w Chinach (właściwie nie wiem, gdzie oni je produkują). Okazało się jednak, że znalazłam na pobliskim targu przepiękne palmy robione własnoręcznie przez jakąś utalentowaną panią i postanowiłam trochę poszpanować zamiast chować się po kątach z moją zapewne niezbyt uroczą palemką.




Nietrudno się domyślić, że nie chciałam wyglądać gorzej od mojej palmy. No dobra, chciałam wyglądać podobnie do niej :) Przede wszystkim wybrałam ubrania w podobnych kolorach, ale to był dopiero pierwszy poziom trudności. Kwiatki, które kupiłam kiedyś za grosze na wyprzedaży w H&M były niemal identyczne jak kwiatki stanowiące element palmy. Perłowe kolczyki świetnie imitowały bazie, a naszyjnik z blaszanych kwiatków przypominał złote kopułki cerkiewne czy cokolwiek to było (te złote elementy tuż nad kwiatkami). Oczywiście, jak zwykle, było mi zimno, bo chyba nie umiem się ubrać i ładnie, i ciepło, o wygodzie już nie wspominając.

sobota, 12 kwietnia 2014

Z archwium Flickra, część LXV. Z koszyczkiem

Wyprawa z koszyczkiem do kościoła nigdy nie wiązała się dla mnie z jakimś szczególnym strojem. Ważna była wygoda, bo zazwyczaj po prostu odrywałam się na chwilę od innych obowiązków, i dostosowanie do warunków atmosferycznych, co było szczególnie trudne w czasach, gdy musiałam zmieścić się z bagażem do pociągu i mogłam wybrać tylko jeden wariant ubrania. Poniższe zdjęcia przedstawiają wielkosobotnie kreacje z 2008, 2009 i 2010 roku. W czasie poprzednich Świąt uświadomiłam sobie jednak, że przecież koszyczek jest tak kolorowy i inspirujący, że może stanowić również ciekawy dodatek do mojego stroju (a właściwie strój może być fajnym dodatkiem do koszyczka). Zeszłoroczną próbę możesz zobaczyć tutaj, na przyszły tydzień nie mam póki co jeszcze żadnego pomysłu. 








wtorek, 1 kwietnia 2014

Wszystko naraz

Jakoś nikomu nie udało się dzisiaj mnie oszukać (tak, kochany Mężu, wiedziałam, że nie znajdzie się dla mnie miejsce w pokoju). Prawdę mówiąc, chyba nikt nawet nie próbował. Ja też nie miałam okazji, żeby kogoś wkręcić. Całkiem uczciwie muszę też przyznać, że jest to post numer 100, więc okazja nie byle jaka. Zdjęcia zrobiliśmy równo rok temu, a oznacza to, że strój był nie tylko primaaprilisowy, ale też śmigusowodyngusowy, dowód znajduje się na końcu posta. Z Wielkanocy nie mam żadnych zdjęć, nawet nie pamiętam, w co byłam ubrana, mam jednak nadzieję, że było to coś zgodnego z moimi świątecznymi zasadami. A jakie reguły obowiązują w Wielkanoc? Po pierwsze, najlepiej założyć sukienkę lub spódnicę. Po drugie, dobrze, żeby było kolorowo, w tym przypadku chodzi głównie o zielony, żółty, pomarańczowy, może różowy. Po trzecie, motywy roślinne są mile widziane. Po czwarte, ze względu na procesję rezurekcyjną, istotne są wygodne buty (zazwyczaj istotne jest też, żeby były ciepłe). Torebka nie musi być duża, w przeciwieństwie do biżuterii (i opasek :)). Stroje, które planuję na Wielkanoc, są zazwyczaj bardzo wiosenne, może nawet letnie, jednak często muszę skapitulować i załozyć gruby sweter i zimowy płaszcz. Mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej. Dzisiaj chciałam kupić coś na tę okazję w Bidze, gdzie tworzyłam kwietniowe stylizacje, ale upolowałam tylko suknię na gorące wakacyjne wieczory. Właściwie wybrałam też pomarańczową bluzkę w drobny kwiatowy wzór, może ona się nada? 







czwartek, 30 stycznia 2014

Aniołek

Taką fajną sobie kupiłam sukienkę za 2,5 zł. Jest to jeden z moich zakupów rzeszowskich przedświątecznych, a muszę się przyznać, że cieszyła mnie perspektywa zmiany otoczenia, spotkania z rodziną i znajomymi, pieczenia ciast, odpoczynku, ale myśl o szmateksach, w których dawno nie byłam (a już szczególnie o takim jednym, w którym we środy wszystko po 2 złote) wyjątkowo dodawała mi skrzydeł. Środa nie okazała się niestety dniem obfitującym w jakieś perełki, kupiłam tylko jedną bluzkę na lato, taką fajną zieloną w ananasy. Za to odkryłam nowe ciekawe miejsce, a w tych starych wydałam trochę za dużo pieniędzy, tłumacząc sobie, że przecież rzadko bywam i na przedświątecznych wakacjach można pozwolić sobie na więcej. Nie wszystko miałam okazję założyć, ale pewnie co jakiś czas będę prezentować kolejne zdobycze z rzeszowskich szmateksów.




Sukienka była ciuchem idealnym na koncert kolęd. O nie, ja nie występowałam. To byłby koniec świata. Miałam po prostu takie marzenie, żeby na tego typu koncert pójść. Zresztą w ciągu miesiąca spełniło się już dwa razy, a w niedzielę spełni się po raz trzeci :) Czułam się tak biało i niewinnie, że gdybym miała białe kozaczki z pewnością bym je założyła :)




A to jest właśnie fikuśne coś, o czym wspominałam tutaj. Wstyd się przyznać, ale kiedyś widziałam coś podobnego na głowie Kim Kardashian (na zdjęciu oczywiście, bo nie spotkałam nigdy jej głowy na żywo). Cóż, inspiracje czerpię od najlepszych.



środa, 15 stycznia 2014

Z archiwum Flickra, część XXIII

Dzisiejszy archiwalny strój pochodzi z wesela mojej Kuzynki, a zapewne wiesz, że ubranie się odpowiednio na wesele    w styczniu nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Szczególnym elementem są kozaki, trochę mało widoczne, ale pewnie to jedyna okazja, by w ogóle je zobaczyć, no chyba że jeszcze gdzieś na starych zdjęciach się znalazły. Są one prezentem, który sama sobie podarowałam z okazji 18. urodzin. Tanie nie były, kosztowały chyba ponad 300 złotych, ale tak mi się spodobały, że musiałam je mieć. To nic, że nie umiałam chodzić na obcasach (a wysokość oszałamiająca - może z 6 cm). Założyłam je nawet na swoją osiemnastkową imprezę i wytrzymałam w nich chyba maksymalnie pół godziny, a powrót do domu piechotą był bardzo trudny :) Na szczęście towarzyszył mi ktoś, kto aktualnie jest moim Mężem, a już pojutrze nasza dziewiąta rocznica. 



26

Moje zeszłoroczne urodziny spędziłam z Mężem i jego Siostrą, która akurat była u nas na weekend. Wybraliśmy się na śniadanie na Konfederacką 4, a potem do Bonarki, ponieważ Sabina chciała zrobić jakieś zakupy. Moim prezentem od Męża były pieniądze do wykorzystania na wyprzedażach, więc przy okazji coś dla siebie wybrałam. Oczywiście musiałam kupić jakąś opaskę i kolczyki, ale po namowach Męża wybrałam też sukienkę. Ze względu na zakupowe plany mój strój musiał być wygodny, ale nie mogłam odmówić sobie odrobiny błysku. 




Spódnicę znacie już z tego posta, torebka i opaska też się wcześniej pojawiły. Sweterek, czego niestety nie widać, ma urocze kraciaste guziczki i śliczne ponaszywane misie. Kupiła mi go Mama podczas wizyty w jednej z rzeszowskich galerii. Zupełnie bez okazji :) Oj tak, moja Mama potrafi mnie czasem zaskoczyć. Moda nie należy do jej zainteresowań, nie przepada też raczej za spacerami po sklepach, no i stara się do odzieżowych zakupów podchodzić oszczędnie. Było jednak w moim życiu kilka momentów, kiedy zupełnie niespodziewanie Mama zainteresowała się ciuchami. Pierwszym była moja studniówka, Mama pomagała mi znaleźć suknię, o co w Rzeszowie nie było łatwo, starała się też, żebym miała odpowiednią fryzurę i makijaż, nie zwracając szczególnej uwagi na wydatki. Drugi taki moment to mój ślub. Mama zdecydowanie nie jest typem kobiety zainteresowanej ślubnymi sukniami, a jednak cierpliwie zwiedzała ze mną kolejne salony, doradzała. I kiedy myślałam, że nie znajdę niczego tak idealnego, jak ta suknia za 4,5 tysiąca złotych, ani raz nie usłyszałam, że taka kwota nie wchodzi w grę (chociaż sama wiedziałam, że nie wchodzi). Próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, na szczęście trafiłyśmy na fantastyczną krawcową i miałam suknię tysiąc razy piękniejszą. Właściwie też Mama była bardziej zainteresowana wszystkimi sprawami związanymi z makijażem, fryzurą, kwiatami niż ja, we wszystkim doradzała i pomogła mi naprawdę wiele załatwić. Teraz przypominam sobie, że spódnicę ze zdjęcia kupiłam, będąc z Mamą na zakupach. Od razu wpadła mi w oko, ale nawet bałam się ją Mamie pokazać. Góra cekinów za 20 złotych?  A jednak Mama powiedziała, żeby kupić. Cieszę się, że w momentach, które wymagają od dziewczyny, aby wyglądała najlepiej w swoim życiu, usłyszałam od Rodziców, że warto wydać tych parę złotych więcej, dołożyć więcej starań, a nie że są to jedynie fanaberie i niepotrzebne wydatki. 
Od dwóch lat mam jeszcze jedną Mamę, która dba, żebym wyglądała lepiej niż na to zasługuję, a jest to Mama mojego Męża. Dostaję od Niej przepiękne prezenty, często z wyższej półki, więc są to skarby, na które nigdy nie mogłabym sobie pozwolić. Ma zdecydowanie inny styl niż moja Mama czy ja, lubi szpilki i eleganckie sukienki, dzięki czemu zyskuję rzeczy, na które pewnie normalnie nie zwróciłabym uwagi. Na tych zdjęciach z Bożego Narodzenia znalazła się czerwona sukienka, tutaj płaszcz, który dla mnie znalazła i noszę go niemal codziennie, tu baletki, które kupiła dla siebie, ale dostałam je, bo bardzo mi się podobały, były też ludowa chusta i czerwone skórzane rękawiczki, żółta spódnica, która pojawiła się już tu i tu, niebieska torebka - prezent na Dzień Dziecka. Oj, dużo tego, a to tylko część skarbów, które pewnie jeszcze Wam pokażę. O właśnie, jeden jest na powyższym zdjęciu. Na zeszłoroczne urodziny dostałam cekinowy kołnierzyk, który idealnie pasował do mojego stroju. Dzięki niemu mogłam zabłysnąć jeszcze bardziej. 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Chodzi lisek koło drogi

Jest szał. 4 rzeczy z H&M, w tym tylko jedna z drugiej ręki. 
O tym, że tylko jedna z nowej kolekcji nie należałoby wspominać. Jest też coś z Zary. Barwy takie raczej letnie, ale tak lubię tę sukienkę, że po prostu musiałam jeszcze w tym roku sprawdzić, jak się skomponuje ze sweterkiem w motyle. 


Miejsce też nie byle jakie - poznańska Teatralka. Czytam właśnie kolejny raz "Noelkę", miło wreszcie wiedzieć, jak te wszystkie miejsca wyglądają. 



poniedziałek, 11 listopada 2013

Z archiwum Flickra, część VIII. Strój patriotyczny

Z okazji dzisiejszego Święta, kolejną część archiwum Flickra poświęcam strojom w barwach biało-czerwonych. Chociaż właściwie nie do końca tak jest - strojów biało-czerwonych niezwiązanych ze świętami państwowymi znalazłoby się więcej, a dzisiaj prezentuję po prostu moje zestawy sprzed lat w narodowych kolorach. Są to zdjęcia zarówno z 3 maja, jak i 11 listopada, stąd spore różnice w ilości warstw :) 
Zawsze jakoś tak mnie ciągnie, żeby w święto ubrać się świątecznie, lubię dopasowywać swoje stroje do okazji, ubierać się tematycznie. Po kilku próbach mam jednak opory przed wybieraniem tych właśnie barw w święta narodowe. Po pierwsze, nie chciałabym nosić ciągle tego samego, a ilość ubrań w tych kolorach jest w mojej szafie ograniczona. Ale to tak naprawdę pikuś, zawsze można coś tam delikatnie zmienić, dopasować, wiele zależy też od pogody. Po drugie, no właśnie, pogoda, szczególnie jesienią, stanowi spory problem. Nie mam płaszcza ani kurtki w biało-czerwonych barwach, co może popsuć cały pomysł. Trzeci powód jest jednak dla mnie najważniejszy. Nie czuję się w takim stroju zbyt dobrze, ponieważ wyglądam zupełnie inaczej niż inni. Ludzie mają raczej tendencję do wybierania na takie okazje strojów eleganckich, a to oznacza czerń, no może w przypadku kobiet czasem jakiś krem czy biel, ale zazwyczaj jednak ciemne barwy. Nie lubię znajdować się w centrum uwagi, a już tym bardziej robić z siebie widowiska. I chociaż muszę przyznać, że spotykam się zazwyczaj z aprobatą moich bliskich, a często też uśmiechami czy miłymi komentarzami obcych osób, czuję, że mogłabym niechcący urazić czyjeś uczucia. Polska to jednak nie Wielka Brytania czy USA, których flagi często zdobią ubrania lub dodatki. No dobra, przyznaję, ja też miałam kiedyś naprasowanego na tylnej kieszeni dżinsów Union Jacka. Błędy młodości :) Ale polską flagę traktuje się zupełnie inaczej, z większym dystansem. Wiadomo, że nie wkładam na siebie flagi, sądzę, że nikt tak nie pomyśli, ale jednak towarzyszy mi lekki stresik, że ktoś stwierdzi, iż robię sobie żarty. Raz jeszcze powtarzam, że nie takie mam intencje. A Ty jak myślisz? Biało-czerwony strój świąteczny - tak czy nie?

Zdjęcia na początek z 3 maja, 2009 i 2011 rok. 



Pogoda majowa, jak widać, zaskakująca nie mniej od listopadowej. Kompozycje nie do końca biało-czerwone, bo z dodatkiem czarnego, no i warstwy trochę się pogubiły. 

11 listopada 2008

Strój, z którego jestem najbardziej zadowolona. Muszę przyznać, że zrobił też furorę na mieście. Nawet jakiś obcy pan mnie fotografował, ale to akurat niezbyt mi się spodobało. 

I na koniec, absolutna sensacja. Strój kibicki z EURO 2012. Zdjęcie wygląda jak wygląda i musisz to wybaczyć mojej Mamie :)


Z pewnych względów może to i lepiej, że nasza reprezentacja grała tylko w trzech meczach. Byłam przygotowana na wszystkie ewentualności pogodowe, ale większego wyboru ubrań jakoś nie przygotowałam. To się nazywa dobra intuicja :) Zdjęcie sprzed pierwszego meczu, w czasie drugiego pogoda była dużo gorsza, a podczas trzeciego chyba jeszcze odrobinę lepsza. Zależnie od miejsca, w którym kibicowałam i tego, jak zamierzałam tam dotrzeć, miałam do wyboru jeszcze czerwone szpilki, białą skórzaną torbę, białą bluzkę z długimi rękawami ze stroju wyżej, czerwony kardigan, czerwono-białą wiatrówkę i czerwoną parasolkę w białe groszki. Przezorny zawsze ubezpieczony :)


piątek, 1 listopada 2013

Z archiwum Flickra, część V

Pierwszy dzień listopada zawsze kojarzy mi się z zimnem, wiatrem, deszczem. Z błotem, które trudno ominąć i po powrocie do domu trzeba szorować buty. Ogólnie, niezbyt dobrze. I okazuje się, że są to skojarzenia zupełnie nieuzasadnione. Dzisiaj przejrzałam swoje flickrowe archiwum i okazuje się, że chyba nie jest tak źle z listopadową pogodą. Kozaków na zdjęciach brak, płaszczy też, chociaż pewnie były w pobliżu. Stroje sfotografowane kilka lat temu (pierwszy sprzed 5 lat, drugi sprzed 3), ale chętnie bym je powtórzyła. Może dla kogoś staną się inspiracją.





czwartek, 17 października 2013

Na głowie kwietny mam wianek

Tak się akurat złożyło, że Mąż miał wreszcie czas i wybraliśmy się w niedzielę na fajne śniadanko. Oczywiście, że był ładny, słoneczny dzień. Oczywiście, że mijaliśmy miejsca, gdzie można zrobić naprawdę ładne zdjęcia. I nawet nie zapomniałam aparatu. Ale jakoś tak zabrakło i odwagi, i pomysłu, i czasu pewnie trochę też, więc skutki widać poniżej. Cóż, chyba lepsze to niż nic.     A wianki tak naprawdę miałam dwa :)
 






piątek, 4 października 2013

Na jeden raz

Zdecydowanie nie jestem fanką rzeczy na jeden raz. Poza suknią ślubną, której lepiej nie używać wielokrotnie, i suknią studniówkową, która na żadną inną okazję się nie nadaje (studniówki też właściwie lepiej nie powtarzać), nie mam chyba rzeczy jednorazowego użytku. Zazwyczaj już w sklepie wymyślam jakiś wariant wykorzystania danego elementu, a częściej jest to od razu wiele gotowych pomysłów. Nie oznacza to jednak, że w mojej szafie wszystko do siebie pasuje. O nie, raczej mam tyle rzeczy, że zbierają się one w pewne tematyczne grupy. 
Nagle i niespodziewanie na horyzoncie pojawiają się przedstawione poniżej buty. Fakt, od dawna marzyłam o różowych szpilkach, a wyprzedaż sprawiła, że te kosztowały zaledwie 20 złotych. Gorzej, że po powrocie z nimi do domu odkryłam, że to niekoniecznie mój ulubiony odcień różu :/ I na dodatek niekoniecznie pasujący do czegokolwiek w mojej szafie. Co prawda, pierwszą koncepcję z poprawinową sukienką dało się utrzymać, dokupiłam nawet w Reserved pasujące kolczyki, ale niestety innych pomysłów brak. I tak żyłam sobie przez kilka tygodni nadzieją wyjścia gdzieś w tym obmyślonym zestawie, aż raptem lato się skończyło. Wiedząc, że potem będzie tylko gorzej, bo neonowe kolory w okolicach listopada służą tylko wyznawcom zasady: jesteś widoczny, jesteś bezpieczny, skombinowałam coś na szybko i wybrałam się tak do restauracji. 




Aha, moja ulubiona lasagne i tak skończyła się chwilę wcześniej, więc mogłam jednak zaczekać z tymi butami do następnego lata.