Zdecydowanie nie jestem fanką rzeczy na jeden raz. Poza suknią ślubną, której lepiej nie używać wielokrotnie, i suknią studniówkową, która na żadną inną okazję się nie nadaje (studniówki też właściwie lepiej nie powtarzać), nie mam chyba rzeczy jednorazowego użytku. Zazwyczaj już w sklepie wymyślam jakiś wariant wykorzystania danego elementu, a częściej jest to od razu wiele gotowych pomysłów. Nie oznacza to jednak, że w mojej szafie wszystko do siebie pasuje. O nie, raczej mam tyle rzeczy, że zbierają się one w pewne tematyczne grupy.
Nagle i niespodziewanie na horyzoncie pojawiają się przedstawione poniżej buty. Fakt, od dawna marzyłam o różowych szpilkach, a wyprzedaż sprawiła, że te kosztowały zaledwie 20 złotych. Gorzej, że po powrocie z nimi do domu odkryłam, że to niekoniecznie mój ulubiony odcień różu :/ I na dodatek niekoniecznie pasujący do czegokolwiek w mojej szafie. Co prawda, pierwszą koncepcję z poprawinową sukienką dało się utrzymać, dokupiłam nawet w Reserved pasujące kolczyki, ale niestety innych pomysłów brak. I tak żyłam sobie przez kilka tygodni nadzieją wyjścia gdzieś w tym obmyślonym zestawie, aż raptem lato się skończyło. Wiedząc, że potem będzie tylko gorzej, bo neonowe kolory w okolicach listopada służą tylko wyznawcom zasady: jesteś widoczny, jesteś bezpieczny, skombinowałam coś na szybko i wybrałam się tak do restauracji.
Aha, moja ulubiona lasagne i tak skończyła się chwilę wcześniej, więc mogłam jednak zaczekać z tymi butami do następnego lata.


Brak komentarzy :
Prześlij komentarz