czwartek, 23 stycznia 2014

27

Chociaż od moich urodzin miną niebawem dwa tygodnie, strój pokazuję publicznie dopiero teraz. Usprawiedliwia mnie fakt, że impreza urodzinowa ciągle jeszcze przede mną i zamierzam się na niej naprawdę dobrze bawić. Zresztą w ogóle zamierzam się dobrze bawić, mniej się stresować, a bardziej cieszyć życiem. Wyrazem mojej radości życia niech będzie kolorowo-błyszczący strój urodzinowy. 




Ok, ciuchy są. Ale gdzie moja skromna osoba? Kochana Czytelniczko, na początek historia. Mam nadzieję, że pamiętasz, iż w ramach konkursu "Zostań stylistką Biga" przygotowuję dla jednego ze sklepów Biga Styl stylizacje. O całej zabawie pewnie za jakiś czas napiszę więcej, ale wspominam o tym, bo mój strój urodzinowy pierwotnie był jedną ze stylizacji. Swoją pracę zarówno w grudniu, jak i w styczniu rozpoczęłam od wymyślenia czterech różnych okazji, z którymi mogą wiązać się konkretne stroje. Ciężko by było układać cztery stylizacje zupełnie w ciemno, po prostu dobierając ubrania. Zupełnie oczywistą okazją styczniową są dla mnie urodziny. Piękna błyszcząca sukienka to coś idealnego na takie święto. Szukałam i szukałam, ale żadnej odpowiedniej wymarzonej sukienki nie mogłam znaleźć. A potrzebowałam czegoś, co niekoniecznie miało na mnie pasować. I wreszcie znalazłam - złota, ze sporym dekoltem i fantazyjnym wycięciem na plecach, dopasowana w talii, niżej pięknie rozkloszowana. Do tego cudowna zielona bluzka zapinana na powlekane guziczki. Potrzebowałam jeszcze dodatków. Na szczęście akurat była dostawa torebek i znalazłam taką klasyczną, niewielką, ale dość pojemną (nie ukrywam, że od razu wpadła mi w oko). I jeszcze cekinowy pasek. Pani z Bigi ułożyła to wszytko na manekinie, wyglądało fajnie, poszłam do domu i więcej o tej stylizacji nie myślałam. Po kilku dniach zaczęłam się zastanawiać, co założę w swoje urodziny i jakoś tak moje myśli zaczęły krążyć wokół stworzonego stroju. Próbowałam sobie tłumaczyć, że nie wiadomo, czy rzeczy ktoś nie zarezerwował, czy w ogóle będą na mnie dobre (pamiętałam, że sukienka to angielska 12, a bluzka 16, więc nadzieja była), czy na kimś żywym będzie to wyglądało równie dobrze. Z dnia na dzień coraz bardziej chciałam tak właśnie wyglądać w swoje święto. W piątek miałam iść ubrać manekina w kolejny strój, a już w czwartek nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie wymarzone rzeczy znajdą się w mojej szafie. Byłam pod sklepem jeszcze przed otwarciem i kiedy tylko przekroczyłam próg, zarezerwowałam całą stylizację. 




Zabrałam się do pracy, cały czas myśląc, czy sukienka i bluzka będą na mnie pasować. To, że były jeszcze dostępne, stanowiło niewielki procent sukcesu. I nagle okazało się, że rzeczy wybrane do drugiej stylizacji są za małe i nie mieszczą się na manekina. Musiałam je poprzypinać szpilkami, wyglądało to całkiem całkiem, ale pozbawiało mnie nadziei na wymarzony strój. W końcu manekin jest sporo mniejszy ode mnie, sukienka leżała na nim idealnie (Pani z Bigi stwierdziła nawet, że ciężko było sukienkę na manekina założyć). Ponad dwie godziny później znalazłam się w przymierzalni z dwudziestoma fajnymi rzeczami. Starałam się przez cały czas szukać urodzinowego stroju zastępczego i nie robić sobie wielkich nadziei. Tak, wiem, dla Ciebie ta historia pozbawiona jest emocji, w końcu widzisz, że jakoś się w sukienkę wbiłam. Ja jednak doskonale pamiętam te chwile, gdy po przymierzeniu szesnastu innych rzeczy i stwierdzeniu, że to, co chcę kupić, kosztuje więcej niż moja wygrana - 100 złotych, sięgnęłam po bluzkę. Była dobra, ale to było bardziej do przewidzenia. Czas na sukienkę. Przez biodra przeszła, chyba się nawet zapnie, nie, chyba jednak nie, a może?, może może być lekko niedopięta?, nieważne, biorę, coś się wymyśli. Kilka rzeczy odrzuciłam, przekalkulowałam i kupiłam całą swoją stylizację. Nie wiem tylko, czy mogę to uznać za swój stylizacyjny sukces. To, że inspiruję samą siebie, szału nie robi.




Od razu wiedziałam, że dodam do stroju kobaltowe rajstopy kupione w czasie pobytu w Anglii (oglądanie miliona filmików nieesi do czegoś się jednak przydało, przynajmniej wiedziałam, że w Primarku warto kupić rajstopy :)) i złote świąteczne szpilki. Ale wiesz, nie miałam złotej opaski ani nic takiego. Uroczyście przyznaję więc, że, łamiąc własny zakaz, udałam się do Claire's. Oczywiście dysponowali złotym diademikiem za całe 8 złotych, a że wyprzedaż była i buy one get one free, to nie kupiłam tego diademiku, o nie, ja go dostałam gratis do takiego czegoś fikuśnego, co też tu niedługo (czyli pewnie za pół roku :)) pokażę. Mąż nie był zachwycony, ale to chyba wiadomo.




Żeby wkurzyć dietujących, pokazuję jeszcze mój urodzinowy torcik. Tak, Kuba i reszta spędzają ze mną każde urodziny od czterech lat.




Chyba można powiedzieć to głośno (i publicznie napisać) - jestem urodzinowym freakiem!




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz