Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szalik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szalik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

Biga majowa

Kolejny miesiąc bigowych stylizacji i coraz lżejsze ubrania. Właściwie na maj wymyśliłam stroje letnie, trochę wakacyjne, ale, jeżeli dobrze pamiętam, pogoda w tym miesiącu była raczej udana. Przestałam udawać, że spodnie mają jakiekolwiek znaczenie i zaprezentowałam wyłącznie sukienki i spódnicę. 

Pierwsza propozycja to strój raczej służbowy, ale z marynarskimi akcentami, dokładniej w marynarskich kolorach, bo kotwic jakoś tam nie widzę :)




Kolejny zestaw byłby pewnie idealny na wakacje, ale postanowiłam zaproponować go już na majowy piknik. Tylko kilka elementów, wszystkie dziewczęce i urocze. Sukienka w kwiatki, z koronką i falbanką, przepiękna. Oczywiście chciałam ją wziąć dla siebie, ale jednak miliona takich sukienek mieć nie muszę. Do tego naszyjnik z jaskółką, który teraz jest mój :) Słomiany kapelusz i drewniako-sandały, czyli stuprocentowo piknikowe dodatki. Brakowało tylko koszyczka, choćby takiego, jaki pojawił się w jednej z kwietniowych stylizacji.




Trzeci strój jest idealny na wiosenny spacer. Sukienka pozwala opalić ramiona, a szal chroni przed wieczornym chłodem. Elegancji dodają srebrne sandałki. O, wygląda na to, że w maju miałam szczęście do butów i torebek.




Ostatni pomysł też raczej letni, festiwalowy. Strój, który bardzo chętnie założyłabym sama (jak chyba wszystkie zestawy z maja). Piękna długa kwiecista sukienka, lekko marynarski kardigan, więc coś i na dzień, i na wieczór, zwłaszcza na spacery nad brzegiem morza :) Kolorów dodają paskowe sandałki, romantyzmu liczne naszyjniki, a naturalności skórzana torebka. Troszkę miszmasz, ale idealnie w moim stylu. Gdzie to lato? :)



wtorek, 25 listopada 2014

Z archiwum Flickra, część CLXXXVIII

Zdjęcia z mojego imieninowego dnia cztery lata temu. Większą jego część spędziłam w pracy, pierwszy raz odważyłam się założyć tam krótką spódnicę i wysokie szpilki, chociaż dress code nie był bardzo surowy. Stwierdziłam, że z okazji imienin mogę pozwolić sobie na to, za czym właściwie na co dzień nie przepadam. Płaszczyk był imieninowym prezentem od Rodziców, właściwie wybrałam go sama, a Rodzice po prostu zapłacili. W tym roku niestety go nie założę, ale może jeszcze jakoś w lutym czy marcu się uda. Na tegoroczne imieniny Rodzice wybrali podobny wariant i opłacili mi ciążowe dżinsy, właśnie mam je na sobie i próbuję się przyzwyczaić. Spodnie, a już szczególnie dżinsy, to jednak dla mnie prawdziwy ewenement. Pierwsze chwile są ciężkie, chociaż muszę przyznać, że dostrzegam już zalety, zwłaszcza że sama tego chciałam :) Nie wiedziałam tylko, że kupno takich spodni jest aż tak skomplikowane (pewnie tylko dla mnie :)). Ceny spodni generalnie mnie przerażają, zresztą przerażają mnie ceny wszystkich ubrań, dlatego kupuję niemal wyłącznie w szmateksach bądź na wyprzedażach (głównie jednak w szmateksach). Tym razem nie mogłam czekać na wyprzedaż, nie wiem nawet, czy w przypadku odzieży ciążowej mają one miejsce, a w szmateksie pewnie nigdy nie trafiłabym na to, co było mi potrzebne. Chciałam mieć dosyć dopasowane dżinsy (nie legginsy), w jasnym dżinsowym kolorze, z grubszego materiału. Wybrałam się do Galerii Krakowskiej, dział Mama znalazłam tylko w H&M (dowiedziałam się też, że C&A ma taki dział w Bonarce, ale tam już nie mogłam jechać). Z góry uprzedzam, że odrzuciłam sklepy typu Happy Mum ze względu na zbyt wysokie ceny. Przejrzałam wieszaki, okazało się, że asortymentu w kolorze dżinsowym jest niewiele. Potem odrzuciłam legginsy i zostałam prawie z niczym, bo większość spodni była w rozmiarze 34, czyli o jakieś 5 rozmiarów za mała. Te, które udało mi się przymierzyć, były albo strasznie gryzące, albo za małe (chociaż w moim rozmiarze), albo zbyt dopasowane, albo za cienkie. Zmierzyłam cztery pary, nie kupiłam żadnej. Dzień później zdecydowałam się na ostatnie podejście (ach, ta cierpliwość) w Złotych Tarasach. Do wyboru miałam też aż H&M, asortyment był podobny, ale niektóre pary widziałam po raz pierwszy. Z rozmiarami nadal był problem. Przymierzyłam 3 pary, zdecydowałam się kupić jedną. Wady? Są zbyt długie, ale chyba oszczędzę na skracaniu, skoro i tak będę je nosić do kozaków. Trochę zjeżdżają mi z tyłka, nie wiem, czy źle je dobrałam, czy po prostu już zapomniałam, jak to w dżinsach jest. Czy może powinnam więcej siedzieć w jednym miejscu. Mają delikatne przetarcia, za którymi nie przepadam. Kolor jest raczej ciemny. Są dosyć cienkie, więc nie aż tak bardzo zimowe i pewnie szybciej stracą fason. Zalety? Są. Gdyby nie pomysł Mamy, pewnie w ogóle bym się bez spodni obyła, ale z nimi będzie mi wygodniej. Będę też spokojniejsza o to, że nic mi nie wyjdzie na wierzch i w zimowych miesiącach będę lepiej osłonięta od mrozu. Mają imitację zamka i kieszonek, więc przypominają normalne spodnie. Z kuponem promocyjnym nie były nawet strasznie drogie. Materiał jest całkiem przyjemny. Rzeczą, która bardzo mnie zadziwia, jest to, że wszystkie pasy w spodniach ciążowych są w kolorze spodni, a dla mnie jest oczywiste, że mogłyby być cieliste. Z jednej strony to fajnie, że nie widać dobrze, gdzie spodnie się kończą, a zaczyna pas, z drugiej białe czy jasne koszulki chyba w takim przypadku odpadają.






Prezentem imieninowym od Męża był wtedy koncert Czesława (nawiasem mówiąc, bardzo rozczarowujący), aby wyglądać bardziej adekwatnie do sytuacji, zmieniłam biurową bluzkę na rockową koszulkę. Żeby w ogóle przeżyć, zmieniłam szpilki na płaskie kozaki. 




W tym roku dostałam od Męża komplet czterech flakoników perfum Marca Jacobsa, więc mam zapas na kolejne lata :) Muszę tylko zdecydować się, który zapach lubię najbardziej, bo buteleczki są wszystkie śliczne. Przyszła też do mnie paczka od Koleżanki, zawierająca mnóstwo drobiazgów - kolczyki, gumki do włosów, spinki, nawet trafiła się para skarpetek. Wszystko mi się podoba, dzisiaj już dałam szansę jednej gumce i kolczykom. W ogóle stwierdziłam ostatnio, że muszę nosić więcej biżuterii, póki jeszcze mogę. Uwielbiam te moje drobiazgi, a, że są głównie wiszące, w obawie przed ich zniszczeniem i uszkodzeniem moich części ciała, będę musiała na jakiś czas z nich zrezygnować. Tym bardziej cieszę się, że paczuszka zawierała głównie malutkie kolczyki, które będą mogły towarzyszyć mi w kolejnych miesiącach. 
Na koniec jeszcze wielki news sprzed tygodnia - kupiłam zimowy płaszcz! Poszłam przebrać manekinkę w Bidze, rozejrzałam się i znalazłam to, czego od jakiegoś czasu szukałam. Mąż oczywiście trochę narzeka, że to nic eleganckiego, ale tak naprawdę nie zabiera mnie na wieczorne wyjścia co wieczór ani nawet co weekend, na dodatek wszystkie inne opcje były gorsze. Ja jestem zadowolona - płaszcz pochodzi z H&M; jest w rozmiarze M, więc w ogóle pełnia szczęścia; podoba mi się na tyle, że będę chciała nosić go również w przyszłym roku; jest dość ciepły; ma pojemne kieszenie; ma fajny (odpinany) kaptur z futerkiem (co ja ostatnio mam z tym futerkiem?); w środku znajduje się sznureczek, który pozwala regulować szerokość, więc mam jeszcze trochę zapasu, a potem będę mogła go zwęzić; w sklepach widziałam ostatnio sto milionów takich płaszczy, czyli jest nadal modny; kosztował 45 złotych. Poza tym jest moim kolejnym (chyba już 4) płaszczem w kolorze wojskowej zieleni i niestety chyba nie bardzo pasują do niego kapelusze, a tej jesieni jeszcze w ogóle ich nie nosiłam. W ogóle jakoś przegapiłam ten czas, kiedy można było założyć po prostu ponczo i kapelusz, a teraz to już noszę ze sobą (bo na sobie jeszcze nie) czapkę i rękawiczki. 



A teraz zjadłabym Kinder Niespodziankę, a zjem chyba Milkę Oreo, bo Kinder Niespodzianki nie mam. 

sobota, 22 listopada 2014

Biga lutowa

Tegoroczny luty to przede wszystkim walentynki i karnawał. Ze zdjęciami pomagała mi już na stałe Kuzynka, dzięki czemu wyglądają dużo dużo fajniej. Wymyśliłyśmy też patent na oszczędzenie czasu. Ja przygotowywałam stylizacje, potem przychodziła Kuzynka, brałyśmy manekinkę w kąt i robiłyśmy zdjęcia wszystkich czterech strojów. Nie musiałam Kuzynki fatygować co tydzień, a ubrania prosto z wieszaków prezentowały się o wiele lepiej. Sama co tydzień pojawiałam się w sklepie i po prostu przebierałam manekinkę. Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że zdarzyło mi się prosić Kuzynkę o radę przy komponowaniu konkretnych zestawów. Zawsze to lepiej, gdy ktoś spojrzy na nasz pomysł bardziej obiektywnie :)
Pierwsza z moich lutowych propozycji związana była z walentynkami. Chciałam odejść od wszechobecnej czerwieni i wymyślić coś romantycznego, ale innego. Postawiłam na pastele. Miałam wiele szczęścia, bo udało mi się wyszukać sweter z perełkowym serduszkiem (chciałam go zresztą potem kupić, ale ktoś mnie ubiegł). Element ten był nie tylko romantyczny, ale także pełnił (choć w niewielkim stopniu) funkcję grzewczą. Towarzyszyła mu kremowa krótka falbaniasta spódniczka. Zestaw prosty, ale idealnie zgrany, a całości dopełniały dodatki - bladoróżowy szaliczek i srebrna torebeczka z wytłoczonymi serduszkami. Jak zapewne wiesz, lubię bawić się modą i uważam, że warto motywy takie jak walentynkowe serca wykorzystywać do maksimum. Jednocześnie dzięki pastelowym kolorom strój nie był przesadzony czy śmieszny - raczej romantycznie słodziutki :) Spódniczka była tak kusząca, że nawet ją kupiłam (za ponad 20 złotych), po czym założyłam ją RAZ! Nie to, żeby było z nią coś nie tak, ale jest dość krótka i teraz zdecydowanie za ciasna. Wzięłam ją zresztą na wyjazd do Przyjaciółki, nie mierząc wcześniej. Okazała się za krótka do rajstop, a nie miałam ze sobą żadnych legginsów. Muszę przyznać, że nie czułam się tamtego dnia zbyt komfortowo :)






Druga propozycja to coś na karnawałowe imprezy, ale również z małym akcentem walentynkowym w postaci paska. Tym razem jest błyszcząco i seksownie - dopasowane legginsy plus tunika odkrywająca jedno ramię. Ponieważ luty był miesiącem, w którym dostępne były torebki, tutaj także pojawia się mała torebeczka, mieszcząca rzeczy potrzebne na parkiecie. 




Strój numer trzy, odpowiedni zarówno na imprezę, jak i na randkę (raczej nierozbieraną), tworzony był z myślą o zimnych wieczorach. Złożony właściwie z trzech warstw - taftowa sukienka, dosyć wycięta na górze, bluzka z długimi rękawami i aksamitny żakiecik - nie wydawał się ciężki. Każdy element błyszczał na swój sposób, dlatego nie myślałam już o żadnej biżuterii. Pasującej torebki nie znalazłam, a butów w lutym nie było. Przyznaję, że niektórym ta propozycja może zbytnio kojarzyć się z "Modą na sukces" czy też "Dynastią", ale sama chętnie bym ten zestaw założyła. Miałam zresztą ochotę na żakiecik, ale ostatecznie z niego zrezygnowałam. 








Ostatnia stylizacja to powiew wiosny, pierwsze kwiaty i walentynkowa czerwień, którą wpuściłam dopiero na przełomie lutego i marca. Zestaw prosty, dziewczęcy - bluzka, spódniczka i sweterek. Do tego torebka, która fajnie pasowała kolorami i dodała dodatkowy wzorek. Właściwie byłaby też idealna do mojego stroju :)






Muszę przyznać, że z moich lutowych propozycji jestem bardzo zadowolona. Ubrania, które były dostępne, naprawdę mi się podobały, układały się w fajne zestawy. Pierwszą, trzecią i czwartą propozycję z chęcią nosiłabym sama, druga nie jest do końca w moim stylu, takie odkryte ramiona, szczególnie w zimie, to niekoniecznie moja bajka, ale paseczek bym przygarnęła :)






piątek, 24 października 2014

Biga grudniowa

Sama już nie pamiętam, w jaki sposób dowiedziałam się o konkursie "Zostań stylistką Biga". Było to jednak zdarzenie w jakimś sensie przełomowe, ponieważ zapewniło mi ciekawą przygodę na cały rok. Udało mi się zostać stylistką we wszystkich czterech edycjach, niestety w żadnej z nich nie zostałam laureatką (przynajmniej w trzech dotychczasowych, a teraz chyba też na wiele nie liczę). Chyba przy pierwszej miałam największe nadzieje na wypad do spa, a jednocześnie nie zdziwiło mnie zupełnie, że zwyciężyła Ewa, autorka bloga Stand Up Fashion. Zarówno jej stylizacje, jak i zdjęcia stały na wysokim poziomie. Później nie liczyłam na wygraną, ale też nie do końca zgadzałam się z decyzjami jurorów. Zresztą ciężko było mi zorientować się w tym, jak wyglądały stylizacje poszczególnych uczestniczek. Czwarta edycja owiana jest mgiełką tajemnicy - propozycje stylistek nie są już przedstawiane na fanpage'u Bigi, zatem wyniki będą zupełną niespodzianką. Ale wróćmy do początków. Opublikowałam post, wysłałam zgłoszenie i z niecierpliwością czekałam na ogłoszenie zwyciężczyń. Wiadomość, która do mnie dotarła, powitałam wielką radością, może nie był to sukces na miarę Nobla, ale dla mnie był to krok w stronę zajmowania się tym, co lubię, w ogóle zajmowania się czymś poza domem, no i liczyłam na dobrą zabawę. Ponieważ regulamin konkursu nie był do końca jasny, a dokładniej nie opisywał w żaden sposób szczegółów naszego zadania, wielokrotnie się stresowałam (co jest zresztą dla mnie typowe), teraz podchodzę już do tego na luzie. Niektóre wspomnienia zacierają się już w mojej pamięci, ale postaram się w kolejnych postach przedstawiać stylizacje z poszczególnych miesięcy, pisać o swoich pomysłach, inspiracjach i wykonaniu. Generalnie zadaniem konkursowym było stworzenie 12 stylizacji (po 4 stylizacje na miesiąc, każda edycja trwała 3 miesiące) z ubrań i dodatków dostępnych w danym momencie w sklepie. Co istotne, wszystkie cztery stylizacje należało stworzyć w pierwszym tygodniu miesiąca. Stanowiło to nie lada wyzwanie, ponieważ w sklepach Biga towar dokładany jest codziennie, ale asortyment taki jak torebki czy buty pojawia się raz na jakiś czas w formie tzw. wystawek. Ubrania dostosowane są do aktualnej pory roku bądź sezonu (stąd obecność na przykład odzieży karnawałowej). Ja miałam i mam niestety tego pecha, że wystawki butów i torebek w sklepie, dla którego przygotowuję stylizacje, zdarzają się rzadko, mniej więcej raz na miesiąc (być może tak jest też w innych sklepach, tego nie wiem). Towar niesprzedany w przeciagu kilku dni jest po prostu ze sklepu zabierany, więc, jeżeli nie trafiłam na odpowiednią wystawkę przy tworzeniu stylizacji, mogłam tylko pomarzyć o zaprezentowaniu całego stroju. Podobnie zresztą wyglądała sytuacja z dodatkami, ale od jakiegoś czasu to się zmieniło i teraz codziennie dostępne są naprawdę fajne rzeczy. Trochę minęło, zanim jedna z pań pracujących w sklepie powiedziała mi, że mogę przecież dobrać sobie coś do stylizacji w tym tygodniu, kiedy ma ona pojawić się na manekinie. Poszłam też po rozum do głowy i po prostu widząc dostawę butów czy torebek, wybierałam te elementy, które mogą mi pasować do kolejnych strojów i odkładałam je na później. Niestety nie zawsze zdawało to egzamin, czasem wystawki są od siebie tak odległe w czasie, że i tak zostawałam bez żadnych dodatków. Doskonale rozumiem ideę sklepów z odzieżą używaną, zdaję sobie sprawę z tego, że rzeczy w nich dostępne są zazwyczaj pojedynczymi egzemplarzami, trudno, żeby powtarzały się w różnych filiach danej sieci, akceptuję też fakt, że nowy towar pojawia się w różnych oddziałach w odmiennych terminach i po prostu muszę korzystać z tego, co jest dostępne (wspominałam zresztą, że nie wiem, czy sytuacja wygląda w sklepach tak samo). Wydaje mi się jednak, że jest coś, co mogłoby wpłynąć na wyrównanie szans wszystkich uczestniczek – identyczne manekiny. Manekinka, którą mam do dyspozycji, pozbawiona jest niestety zarówno głowy, jak i kończyn, co uniemożliwia mi wykorzystanie różnych dodatków, takich jak opaski, ozdoby do uszu, bransoletki czy rajstopy. Utrudnia też korzystanie z kapeluszy bądź spodni, których nie da się założyć, można je jedynie przypiąć do korpusu. Nie sądzę, aby był to czynnik decydujący, ale jednak zauważyłam, że niektóre z dziewczyn mogą ubierać manekina, będącego wierniejszym odzwierciedleniem człowieka :) To chyba wszystko, jeżeli chodzi o moje generalne przemyślenia na temat konkursu, możemy zatem powrócić do grudniowych stylizacji. 
Sklep, z którym współpracuję, jest naprawdę ogromny. Nie korzystałam nigdy przy tworzeniu stylizacji z odzieży na wagę (przy pierwszej wizycie zostałam skierowana do działu z rzeczami wycenionymi i zawsze znajdowałam tam tyle elementów, że nawet nie miałam potrzeby dowiadywania się, czy z drugiej części też mogę korzystać), a całe przygotowanie strojów zajmuje mi zwykle jakieś 3 godziny (wybór ubrań i dodatków, zestawienie poszczególnych elementów, ubranie manekinki w pierwszy strój i zdjęcia). Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w sklepie, byłam pod wielkim wrażeniem dostępnych tam ubrań, chociaż muszę przyznać, że ceny na wycenie są raczej wysokie. Początkowo nie mogłam się odnaleźć i co chwilę patrzyłam na metkę, zapominając, że w tym przypadku cena nie gra roli. Sprawdzałam też nieustannie, czy to mój rozmiar, chociaż to również (przynajmniej pozornie) nie miało żadnego znaczenia. Wreszcie starałam się wybierać rzeczy w rozmiarze mniej więcej S/M, co okazało się problemem, gdy wyszło na jaw, że manekinka jest tak naprawdę z wymiarów dosyć podobna do mnie (wtedy była :)). Przy drugim podejściu było już lepiej i od stycznia zaczęłam skupiać się na rzeczach w rozmiarze L. Nie powiem, żeby bycie w rozmiarze manekina nie było pokrzepiające :) Ale tak naprawdę, zanim w ogóle wybrałam się do sklepu, przejrzałam magazyny, powtórzyłam sobie trendy i przemyślałam, jakie mniej więcej stylizacje chcę stworzyć i czego będę na wieszakach szukać. Początkowo wydawało mi się zresztą, że zostaną nam narzucone jakieś tematy przewodnie, co pewnie dawałoby możliwość bardziej obiektywnej oceny i stanowiłoby większe wyzwanie. Zwłaszcza, że po jakimś czasie sama widziałam, że tworzę ciągle to samo, z coraz to różnych ubrań przygotowuję zestawy, które po prostu są w moim stylu. Podejrzewam, że większość dziewczyn mogła poczuć to samo, a narzucony temat przewodni zmusiłby do wyjścia trochę poza własne ramy. Na pierwszy miesiąc postanowiłam przygotować jeden zestaw kojarzący się jeszcze z jesienią, coś ciepłego i kolorowego, jeden zimowy z jakimś kożuszkiem czy sweterkiem, jeden świąteczny i jeden sylwestrowy. W grudniu wymyślenie okazji jest zresztą dosyć proste. Przygotowane przez siebie stylizacje powiesiłam na wieszakach i zostawiłam w sklepie, rozumiejąc regulamin i instrukcje, które otrzymałam, w ten sposób, że ja przygotowuję, natomiast panie pracujące w sklepie co tydzień zmieniają strój na manekinie. Zastanawiałam sie trochę, w jaki sposób efekty mojej pracy będą oceniane, jak dowie się o nich centrala firmy, ale pomyślałam, że być może dostaną ze sklepu zdjęcia albo ktoś będzie przyjeżdżał i oglądał. Ku mojemu zdziwieniu, na fanpage'u zaczęły pojawiać się kolejne stylizacje z innych sklepów, w drugim tygodniu pojawiła się również moja. Nie wiem do końca, z czego to wynika, ale grudzień nie dał mi zbyt wiele satysfakcji, wymyśliłam stylizacje, które uważałam za naprawdę dobre, ciekawe, niestety na zdjęciach (a nawet już na manekinach) nie prezentowały się najlepiej. Nie uważam się za geniusza fotografii, nie mam nawet aparatu fotograficznego, większość późniejszych zdjęć robiłam swoim kiepskim telefonem, ale miałam wrażenie, że nikt nie przyłożył się do zrobienia dobrych zdjęć, nie zostałam też poinformowana o tym, że mogę zrobić zdjęcia sama i przesłać je do organizatorów, a nawet o tym, że mogę przychodzić co tydzień i własnoręcznie ubierać manekinkę - może nie zrobię tego lepiej, ale przynajmniej będę miała pewność, że zrobiłam to tak, jak chcę. Sytuacja została wyjaśniona dopiero w styczniu i od tego momentu wiele się zmieniło, ale o tym następnym razem. Pora na zdjęcia. 




Zaczynamy od stylizacji numer dwa, ponieważ zdjęcie pierwszej nigdy nie ukazało się na fanpage'u, ja też nigdy go nie otrzymałam. Mam nadzieję, że chociaż na manekinie stylizacja wystąpiła, bo była naprawdę fajna. Kiedy zobaczyłam powyższe zdjęcie, miałam ochotę się rozpłakać. Wymyśliłam to wszytko trochę inaczej i tak też pozostawiłam na wieszaku. Piękna cieniutka sukienka miała długie rękawy, których mankiety miały wystawać spod wełnianego sweterka - tutaj nawet nie możemy stwierdzić, czy ten sweterek tam jest. Na to miała być narzucona kożuszkowa kamizelka. Strój złożony z trzech elementów miały dopełniać trzy splecione szaliki - cieniutki biały koronkowy, wełniany beżowy i pomponiasty - owinięte wokół szyi (tak, tak, nie wokół kolan). Nie posądzam nikogo o złe intencje, zdaję sobie sprawę z tego, że trudno jest odczytać i odtworzyć czyjś pomysł, że tak wiele rzeczy umieszczonych na jednym wieszaku może jakoś się przemieścić, zwłaszcza, jeśli obok są jeszcze inne trzy wieszaki. Ale wydaje mi się, że gołym okiem widać, iż miało być inaczej i po prostu nie wygląda to dobrze w takim stanie.





Stylizacja numer trzy i tylko trzy elementy. Piękna sukienka przypominająca mi jedną z moich świątecznych sukienek, niestety malutki rozmiar, kapotka świętego Mikołaja znaleziona w dziale karnawałowym i pasek, który miał to wszytko objąć, dodać zestawowi kobiecości i lekkości. Dla niektórych po prostu stylizacja, której nikt nie bierze na serio, dla mnie wymarzony strój na święta. Tak, serio, mogłabym tak się ubrać. 




Ostatnia stylizacja stworzona z myślą o sylwestrowych szaleństwach. Czy tak bym się ubrała? Hmm, pewnie nie, ale to miał być pewien pomysł, propozycja, a mnie sylwester właśnie z błyskiem kojarzy się najbardziej. Pojawiły się zarzuty, że zbyt wiele jest srebrnego. Na co dzień pewnie tak, ale są przecież okazje, kiedy nie musimy traktować wszystkiego tak bardzo serio. Od samego początku zastanawia mnie obecność w tym zestawie złotego naszyjnika - planując strój całkowicie srebrny, na pewno go tam nie dołączyłam. No i wygląda na to, że na prawdziwej osobie lub innym manekinie strój prezentowałby się lepiej - tutaj legginsy wiszą smętnie zamiast podkreślać zgrabne nogi, fajna tunika staje się babciną bluzką, a kopertówka musi być przypięta do paska, bo brakuje rąk (mimo wszystko powinna być przypięta przodem). 
Tyle napisałam, że nie wiem, czy dam radę jutro powrócić ze styczniowymi stylizacjami, ale spodziewaj się ich w najbliższym czasie.

czwartek, 24 października 2013

Spod chmury kapelusza

Z życia wzięte. Wczoraj mój Mąż został magistrem. Czekaliśmy na to wydarzenie bardzo długo. Dla mnie jest to oczywiście okazja, którą należałoby uczcić, Mąż w ogóle zwolennikiem świętowania nie jest. Niechcący wyszło na moje. Postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Już dawno wymyśliłam sobie strój, pozostało tylko liczyć na odpowiednią pogodę, no i na to, że w wybraną sukienkę się zmieszczę. Sukienka, jak podejrzewałam, mogła się Mężowi spodobać. Kupiłam ją niedawno i na tę właśnie okazję zachowałam. Chciałam też założyć bolerko Mężowi znane i podobające się. Obie rzeczy granatowe w białe groszki, taka ze mnie Magda M. :) Do tego granatowe rajstopy (liczyłam na to, że nie znajdują się właśnie wśród rzeczy do prania) i granatowe buty na znośnym obcasie. I cóż się okazuje? Pogoda piękna, idealna, wręcz gorąco, z rajstop mogłabym zrezygnować, ale lepiej nie, bo nie wiadomo, o której wrócimy. Sukienka leży idealnie, jak na mnie szyta, zdecydowanie dobry zakup. I chyba faktycznie się spodoba. Rajstopy są, buty wygodne. Do tego delikatna biżuteria, żadnych opasek, bo Mąż nie lubi i chyba wstyd mu pokazać się ze mną w opasce. Perfumy od niego, makijaż na miarę moich możliwości, ale chyba dosyć udany, wyglądałam jak człowiek :) Po drodze okazało się, że tusz do rzęs się skończył, zapasowy wysechł w oczekiwaniu na użycie, na szczęście znalazł się jakiś trzeci. Byłam gotowa. Jeszcze tylko płaszcz do ręki, książka do torebki i kapelusz na głowę. No dobra, z tym kapeluszem pewnie przegięłam, ale co tam. Pasuje? Pasuje! Wychodzę. Poradziłam sobie nawet z komunikacją miejską, z której generalnie nie korzystam, nie było żadnych opóźnień. Poczekałam sobie pod Męża biurem 40 minut, ale niespodzianka się udała. Poszliśmy na obiad/kolację. Coś tam usłyszałam, że sukienka ładna, że bolerko ok. No wiem, właśnie dlatego je wybrałam, ale w końcu mojej zasługi w tym, że ładne, żadnej nie ma. Wracamy do domu. Aż się wierzyć nie chce, ale jedyne, co usłyszałam na temat mojego wyglądu (czy właściwie całości mnie), to że śmierdzą mi włosy. No wiecie, nie wprost, tylko, że taki krakowski zapach. Czyli smród z tych wszystkich pieców, który uwielbia osiadać na włosach i ciuchach. Fakt, nie pachniały najpiękniej. Ale naprawdę? Tylko tyle? 










Z uwagi na okoliczności, zdjęć oczywiście żadnych nie ma. A żałujcie :) Na pocieszenie strój z soboty.


piątek, 8 marca 2013

Z archiwum Flickra, część I

Dzisiaj na blogu coś innego. Zamiast lata odrobina zimy, i to sprzed jakichś piętnastu kilogramów, a więc zdjęcia zrobione cztery lata temu. 




Przez dłuższy czas (około czterech lat) prawie codziennie dodawałam swoje zdjęcia do flickrowej grupy Wardrobe Remix. Przy okazji tego bloga postanowiłam przypomnieć sobie najfajniejsze stroje, takie, których po latach się nie wstydzę :D. 
Część tych ubrań noszę nadal, niektórych niestety już nie. Smutny los spotkał piękną sukienkę, która skurczyła się w szafie ;), oraz płaszcz kupiony za pieniądze gromadzone dla mnie na studia przez Babcię i Dziadzia (za ich zgodą oczywiście, muszę tu również dodać, że rzeczywiście przez prawie 5 lat mi służył i może jeszcze kiedyś posłuży). Buty spisywały się nieźle, chociaż ostatnio zauważyłam na nich sporo pęknięć i to chyba ich koniec. Może mszczą się w ten sposób za to, że tak rzadko po nie sięgam. Torebka leży na dnie szafy, ale czasem myślę, że trzeba ją wyciągnąć. Sweter, przepiękny prezent urodzinowy od Męża (wtedy jeszcze mojego Chłopaka), też właściwie nie opuszcza wieszaka. Ukochana czapka popruła się i chyba wylądowała już w koszu. Za to szal, który należy właściwie do mojej Mamy i jesienią po raz kolejny pożyczyłam go tylko na chwilę, noszę codziennie. 




Patrzę na ten strój z zadowoleniem, myślę, że jest zupełnie zgodny z moim stylem. Po raz pierwszy pojawia się też sukienka (choć jeszcze nie w całej okazałości).  
Pamiętam jednak minę koleżanki, z którą wtedy się umówiłam. Gdyby wiedziała, że będę tak wyglądać, pewnie pewne notatki nie byłyby jej aż tak bardzo potrzebne.
Tegoroczny Dzień Kobiet spędzam sama, a wtedy byłam na kolacji  z moim Mężczyzną. Dostałam też piękny prezent. Ponieważ była to niedziela, a w niedziele pod krakowską Halą Targową można kupić różne ciekawe rzeczy, a ja się chyba trochę spóźniałam i Mężczyzna miał chwilę, by tam zajrzeć, dostałam piękną torebkę, która do dzisiaj często mi towarzyszy.Możecie ją zobaczyć na poniższym zdjęciu.