Dzisiejsze zdjęcie zostało zrobione prawie półtora roku temu. Tak się jednak jakoś dziwnie składa, że dzisiaj znowu miałam na sobie tę sukienkę (zupełnie nieplanowany zbieg okoliczności) i znowu towarzyszył jej żółty pasek (niemal identyczny, odrobinę tylko węższy) i warkocz (tym razem jeden). Niewiele też brakowało, abym wybrała te same granatowe legginsy. Postanowiłam jednak dać szansę pomarańczowemu i dogonić własną kolorową legendę. Ale właściwie cóż mogę poradzić na to, że pewne rzeczy po prostu do siebie pasują, co więcej we własnym towarzystwie wyglądają najlepiej. Jasne, że umiem sobie wyobrazić do tej sukienki chociażby czerwone loafersy i czerwone rajstopy, może białe rajstopy i nieśmiertelny bluzko-sweterek z H&M czy żółte sandały. Tylko po co? Czułabym, że na siłę odzieram ją z sielskości, wygody, ochrony przeciwdeszczowej i, wbrew pozorom, uniwersalności. Bo ona jest uniwersalna i nie trzeba tego udowadniać :) Właściwie po śmierci mojej sukienki idealnej to jest chyba moja nowa sukienka idealna. Taka, którą zawsze wybiera się z szafy jako pierwszą, która może wyruszyć we wszystkie podróże, a ewentualne usterki tylko dodadzą jej uroku. Taka, która nie boi się deszczu, błota, ale nie ucieka też przed wzrokiem ludzi i nie wstyd pokazać się w niej na mieście. Wygodna, ale jednocześnie urocza, seksowna, podkreślająca figurę. Niby ciemna, ale dzięki kwiatowemu wzorkowi dziewczęca i wesoła. Prosta, choć z delikatnymi bufkami przy rękawach. Niestety ze sztucznego materiału i z podszewką (przy prawdziwych upałach dłuższe noszenie odpada), ale za to idealnej długości. Wprost stworzona do odwiedzania skansenów, chociaż w Londynie pewnie też sobie poradzi (w Coventry w każdym razie dała radę). No i bardzo podoba się Mężowi, a tego zaszczytu od dawna nie dostąpiła żadna inna sukienka.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz